Krzysztof M. Maj – Kiedy spoglądasz w Otchłań, budzą się demony

Recenzja książki: Peter V. Brett, Otchłań [The Core], cz. II, przekł. Marcin Motka, Lublin: Fabryka Słów 2018, ISBN: 978-83-7964-298-4, ss. 700. Recenzowano egzemplarz elektroniczny.

otchłańT2-03-768x1259

Ogłaszam koniec mąk czytelników, trwających w stanie sztucznego suspensu podtrzymanego przez Fabrykę Słów – polskiego wydawcę „Cyklu demonicznego” Petera V. Bretta. Oto bowiem po kilku miesiącach nerwowego oczekiwania wreszcie dowiadujemy się, czy Wybawicielowi, Odkrywcy i Łowczyni udało się skończyć główny quest i usiec królową demonów w jej podziemnym leżu. Zaraz, zaraz… Czy tylko mnie się wydaje, że właśnie opisałem generyczny scenariusz rozgrywki Dungeons & Dragons? Przyjrzyjmy się pokrótce tej ewentualności.

Należę do fanów lekkostrawnego i niewymagającego stylu Brettowskiego, pod paroma istotnymi jednak warunkami. Jest on mianowicie doskonale przezroczysty i potoczysty, dzięki czemu świetnie nadaje się do prowadzenia narracji o spektakularnych pojedynkach magicznych z wyłażącymi po nocy z Otchłani demonami, względnie opisu raczej nieskomplikowanych relacji pomiędzy stypizowanymi postaciami. Narracja Bretta wymaga jednak powstrzymania się od zadawania pytań o światotwórstwo – niewiada bowiem, skąd w świecie demonicznym pojawia się magia (poza tym, że przesącza się na powierzchnię z Otchłani niby woda z nieszczelnego bojlera), jak funkcjonuje, dlaczego właściwie skupia się akurat w runach, jakim cudem owymiż runami posługiwać się mogą Otchłańce, skoro wynalazek to ludzki, jak wytyczano na ziemi wielkie runy bez możliwości obejrzenia ich z lotu ptaka (w sytuacji, gdy – dajmy na to – w okolicy akurat nie było wygodnej wieżycy albo masywu górskiego) itp., itd. Nie ukrywam, że pierwszy tom Otchłani skłaniał do wysnucia przypuszczenia, że finał na część z tych pytań odpowie – i niestety muszę rozczarować wszystkich rojących sobie podobnie. To, jako się rzekło, scenariusz świetnej, ale jednak schematycznej rozgrywki, w której wszyscy aktorzy pilnie odgrywają swe role i nikt ani nie pomyśli, by wyłamywać się ze scenariusza.

W części drugiej Otchłani dominuje chwyt deus ex machina, o tyle zabawny w tym kontekście, że przynajmniej dla Ahmana Jardira, Wybawiciela Krasjan, boskość posłannictwa Everama zostaje tu poddana ciężkiej próbie, nie bez wpływu ze strony niezmiennie ateistycznego światopoglądu Arlena Balesa – Wybawiciela ludów północnej Tessy. Ot, organy w Wolnym Mieście Milnie grzmią mocą wszystkich piszczałek, tak jak i Czechowowska strzelba w najdogodniejszym dla fabuły momencie, Renna Tanner leci Arlenowi na pomoc niczym Wonder Woman w chwili próby, a trzymany przez bohaterów w niewoli Alagai Ka, demoniczny Książę Kłamstwa, dzieli się szczodrze danymi wywiadowczymi z niespotykaną szczerością zawsze wtedy, gdy wymaga tego dramatyzm sytuacji. Również Ineverze, bohaterstwo broniącej północnego przyczółku Krasjan przed demoniczną armią podczas Noviu, z pomocą spieszą niespodziewani sprzymierzeńcy, zawsze wówczas, gdy szala przechyla się na stronę demonów, wybitnie skądinąd przegrywających tu nierówną walkę o pisarskie fawory Petera V. Bretta. Wyjątkiem od tej reguły pozostaje wątek Zakątka, zaskakujący do samego końca dzięki charyzmatycznej postaci Leeshy i jej lojalnej konfraterni, dumnie walczącej o to, co osiągnęła pracą własnych rąk i siłą kreatywnego umysłu – bez zaś politycznego wsparcia upadających arystokratycznych stronnictw Północy. Niespodzianki należy też oczekiwać w wyjątkowo zbrutalizowanym w pierwszym tomie wątku khaffita Abbama, cierpiącego pod jarzmem psychopatycznego Hassika – choć niektórych rozczarować może sposób, w jaki zostaje on finalnie rozwiązany. W powieściach fantasy brakuje zła, które nie miałoby zaświatowego poruczenia, lecz było tym prostym, codziennym złem – o wiele trudniejszym do dostrzeżenia i zwalczenia, aniżeli machinacje archetypicznego Morgotha. Znakomicie wypadł także wątek Ragena i Elissy, dołączających do obrońców Wolnego Miasta Miln i w godzinie próby okazujących nie tylko właściwą jednoznacznie pozytywnym bohaterom szlachetność, ale i niespotykaną wcześniej zaciekłość w walce. Trochę szkoda, że oblężenie Milnu nie zdominowało fabuły bardziej wobec nadmiernego rozproszenia nieuczestniczących w zejściu do Otchłani bohaterów po całej Północy. Być może lepszym rozwiązaniem narracyjnym byłoby spotkanie wszystkich postaci pobocznych w jednym miejscu i skupienie całej obrony Tessy na kluczowym przyczółku, zdolnym dać schronienie wieluset uchodźcom – jednak Brettowi najwyraźniej bardziej odpowiadało ukazanie egalitarnej walki na wielu frontach, w której obrona rodzinnej wsi jest tak samo istotna, jak Wielkiej Biblioteki w Miln.

Peterowi V. Brettowi wypada jednakże przy wszystkich pomniejszych zastrzeżeniach przyznać, że domknął „Cykl demoniczny” raczej satysfakcjonująco, nie pozostawiając nierozwiązanych wątków i rezerwując bodaj jeden tylko do potencjalnego rozwinięcia w kontynuacji (niejeden raz już zapowiadanej między wierszami na jego stronie autorskiej). O ile zatem obowiązek krytyczny każe spoglądać na pewne poczynania fabularne surowo i dopominać się o lepsze rozegranie niektórych partii powieści, w tym zwłaszcza najbardziej rozczarowującego wątku głównego, o tyle bohaterów i świata stworzonego przez Amerykanina nie sposób nie lubić, zwłaszcza jeśli żywi się ciepłe uczucia względem konwencji (dark) fantasy. Obydwa tomy Otchłani zgrabnie domykają rozbudowaną – niekiedy i ponad miarę, jak w Wojnie w blasku dnia – historię, rozniecając ciekawość względem świata narracji, tym większą, że niezaspokojoną bardziej rozbudowanymi wyjaśnieniami względem wspominanych już mechanizmów jego funkcjonowania. Dodatek objaśniający znaczenia większej części runów tylko w ograniczonym stopniu spełnia tę rolę – jednak dla tych, którzy nie czytali jeszcze opowiadań ze świata demonicznego, być może będzie dodatkową zachętą do zanurzenia się ponownie w jego mroczne realia.

W recenzji pierwszej części Otchłani entuzjastycznie pisałem, że najlepsze dopiero nas czeka. Po przeczytaniu części drugiej pozostaje mi – mimo wszystko – tylko podtrzymać tę nadzieję. Ostatecznie najlepsze są bowiem te fantastyczne światy, których rozwoju nie ogranicza przedwczesne domknięcie fabularne.

Krzysztof M. Maj

 

Krzysztof M. Maj, Kiedy spoglądasz w Otchłań, budzą się demony, „Creatio Fantastica”, nr  1 (58).

 

Reklamy