Barbara Szymczak-Maciejczyk – Co tu się dzieje?

Recenzja filmu: Avengers: Wojna bez granic [Avengers: Infinity War], reż. Anthony Russo, Joe Russo, USA: Marvel Studios.
12717.7

Premiera nowej części przygód Avengersów była wielkim wydarzeniem, na który czekały rzesze fanów kina superbohaterskiego na całym świecie. Odliczanie dni do Wielkiego Dnia, próby unikania ogromnej ilości spoilerów, sprzedaż gadżetów… Jednak jak broni się sam film?

W przypadku cross-overów, w których spotykają się ze sobą postaci z wielu różnych produkcji, nietrudno o potknięcia narracyjne. Logiczne połączenie wszystkich wątków może być zadaniem przerastającym siły scenarzystów i reżyserów. Jednak tym razem się to udało wręcz idealnie – Stark i Peter Parker spotykają się z Doktorem Strangem, a potem z drużyną Star-Lorda (już po tym, jak ratują oni innego członka Avengersów), akcja rozgrywa się jednocześnie na Ziemi i w kosmosie, wrogowie zapominają o urazach, by wspólnie ratować wszechświat przed bezwzględnym – choć z drugiej strony genialnym – Tanosem, mającym słabość do pewnych kolorowych świecidełek.

Samej produkcji – jeśli patrzeć na nią jako na źródło rozrywki, a nie tekst kanoniczny Marvela – niewiele można zarzucić. Znajdziemy w niej właściwie wszystko to, do czego przyzwyczaili nas już producenci: dużo humoru słownego i sytuacyjnego (muszę tu dodać, że chyba na żadnej poprzedniej części nie śmiałam się aż tak często, jak podczas tej), świetne efekty specjalne, widowiskowe potyczki, suspens (w małej ilości – niestety), wątki romansowe (!), dobrą ścieżkę dźwiękową… Jeżeli więc jesteś widzem oczekującym przede wszystkim niemal trzech godzin dobrej zabawy z przerwami na sceny wyciskające – co niektórym – łzy z oczu, ten film jest zdecydowanie dla ciebie. Jeśli jednak trafiło na geeka doskonale orientującego się w komiksowym uniwersum Marvela – nie byłabym już tego taka pewna.

Trudno jest napisać cokolwiek o grze aktorskiej, ponieważ właściwie wszyscy bohaterowie zdążyli nas już do siebie przyzwyczaić. Jeśli jednak miałabym wskazać najsłabsze ogniwo, byłaby to Scarlet Witch (Elisabeth Olsen). Z kolei jeżeli musiałabym wskazać najlepszy duet – padłoby na Iron Mana (Robert Downey Jr.) i Doktora Strange’a (Benedict Cumberbatch). Ich relacja jest tak żywa, realna i spójna, że aż miło się ich obserwuje.

Ogromnym minusem jest zakończenie filmu. Po pierwsze, wychodząc z kina, widziałam na twarzach innych widzów wypisane pytanie „Co tu się właściwie stało?” – i muszę przyznać, że do pewnego stopnia również się nad tym zastanawiałam. Po drugie, finał Avengers: Infinity War jest nieco bez sensu, jeśli zna się plany studia na kolejne etapu rozwoju uniwersum filmowego. Cóż, nie da się dogodzić wszystkim jednocześnie.

Najnowsza produkcja Marvela zdecydowanie przypadła mi do gustu. Dostałam to, na co liczyłam (a co opisałam w trzecim akapicie). Szczerze polecam wszystkim obejrzenie tego filmu, chociażby po to, by każdy mógł sobie wyrobić własną opinię na jego temat. Jestem jedna pewna, że z prawdziwą przyjemnością zobaczę go jeszcze raz!

 

Barbara Szymczak-Maciejczyk

 

Barbara Szymczak-Maciejczyk, Co tu się dzieje?, „Creatio Fantastica”, nr  1 (58).

Reklamy