Krzysztof M. Maj — Dziedzictwo Syl Anagist

kamienne-niebo_okladka_DRUKRecenzja książki: N. K. Jemisin, Kamienne niebo [The Stone Sky], przekł. Jakub Małecki, Kraków: Wydawnictwo SQN 2018, ISBN: 978-83-8129-118-7, ss. 384.

„Trylogia Pękniętej Ziemi” od samego początku zachwyca na przynajmniej trzech poziomach. N. K. Jemisin łączy w niej przemyślaną, zniuansowaną i niebanalną koncepcję światotwórczą z ambitną narracją, jakiej nie powstydziłaby się niejedna nagradzana powieść realistyczna, a dodatkowo pisze znakomitym, dojrzałym stylem, wiele wymagającym nawet od doświadczonego czytelnika. Perłą polskich wydań jest niewątpliwie Jakub Małecki, tłumaczący trudny język Jemisin absolutnie kongenialnie (od pierwszego tomu zachwycam się neologizmem „sejszyć”, używanym na oznaczenie wykorzystywania specjalnych splotów nerwowych, sejsod, do wychwytywania drgań sejsmicznych) – i to jemu należy się część braw za przedstawienie brawurowego finału trylogii, Kamiennego nieba, nadwiślańskiemu czytelnikowi.

W odróżnieniu od typowych narracji fantasy, łuk fabularny konstruowany przez Jemisin nie załamuje się w żadnym przewidywalnym punkcie zwrotnym, lecz niespiesznie rozwija się w kierunku satysfakcjonującego zakończenia i spotkania rozproszonych po świecie bohaterów. I znów, kto sądził, że Essun i Nassun połączą siły w walce ze Złym Ziemią, a w sukurs pospieszy im zrehabilitowany Stróż Shaffa, zjadacze kamieni i wszelkie inne siły Kontynentu Bezruchu – powinien poniechać lektury i wrócić do czytania o losach swojskich najemnych rębajłów, eterycznych dam w opałach i przeciwnych naturze monstrów. Jemisin wybiera konsekwentnie inną drogę, stawiając na niejednoznaczną relację Essun z córką, a także – po raz pierwszy w cyklu – cofając narrację tak daleko w przeszłość w jednej z linii fabularnych, by przedstawić wypadki, jakie doprowadziły do utracenia przez Ziemię naturalnego satelity i katastrofalnych w skutkach Piątych Pór Roku – wulkanicznych zim, zbierających obfite żniwo w populacjach „małych wrogów” Złego Ziemi. Bo tak też właśnie przedstawiani są, w prawdziwie ekotopijnym[1] duchu, ludzie – w równej mierze konstruktorzy koncentrujących magię sejsmiczną obelisków, co ciężko doświadczani przez nawracające cyklicznie kataklizmy mieszkańcy postapokaliptycznej rzeczywistości Bezruchu. Jemisin wpisuje się tutaj zarówno w nurt krytyki antropocenu, ewaluującej faktyczną „wielkość” dokonań cywilizacyjnych homo sapiens, jak również coraz silniej zaznaczającego swą obecność w fantastyce po przełomie postmodernistycznym paradygmatu nieantropocentrycznego. Głównym bohaterem fantastycznej allotopii jest tu bowiem, jak przystało na allotopię, nie człowiek czy istota pozornie obca, a mająca cały komplet cech ludzkich – a sam Zły Ziemia, mszczący się na tych, którzy łudzili się, że możliwe jest okiełznanie jego potężnego majestatu. Właśnie to, a niejedynie chęć podzielenia się notatkami światotwórczymi z czytelnikami, jest asumptem do przedstawienia przepełniających jedną trzecią powieści retrospekcji. Są one zdecydowanie najmocniejszą częścią Kamiennego nieba, bo też dzięki nim dowiadujemy się w końcu, jak doszło do narodzin przerażająco obcych, a jednak równie niepokojąco ludzkich zjadaczy kamieni, czy też jaka jest geneza magii i zdolności sejszenia w świecie Alabastra, Essun i Nassun.

Skoro wspomnieliśmy o Alabastrze, to dotarliśmy też do punktu, w którym można postawić Jemisin istotny zarzut. Bardzo brakuje bowiem próby zrehabilitowania go jako bohatera i wyjaśnienia motywacji stojących za wydarzeniami z pierwszej części cyklu, których był – mimo wszystko – dość niechlubnym bohaterem. Oczywiście można dopatrywać się w tym zabiegu pewnej celowości, bo Jemisin wyraźnie zależy (co sama zresztą przyznaje w posłowiu) na tym, by była to jednak opowieść o matce i córce, a nie – chciałoby się dopowiedzieć – kolejna narracja o mężczyźnie zbawiającym świat. Jest to z pewnością przekonywający trop, jednak równocześnie wydaje się, że tak dobrze sportretowana postać zasługuje na coś więcej, niż tylko nieliczne wzmianki we wspomnieniach.

Jeśli Piątą porę roku i Wrota obelisków chwalić można było za udaną kreację fantastycznej rzeczywistości, to jednak dopiero partie Kamiennego nieba poświęcone historii starożytnego miasta-państwa Syl Anagist ukazują niedościgniony kunszt światotwórczy Amerykanki. Jakkolwiek bowiem The Inheritance Trilogy ustępuje pod tym względem, jak zauważali złośliwie czytelnicy, nawet pisarstwu Trudi Canavan, tak poza nielicznymi mistrzami konwencji new weird (formatu Harlana Ellisona czy Alice Sheldon, szerzej znanej pod pseudonimem Jamesa Tiptree’ego Jr.) trudno dziś wskazać pisarza, który stworzyłby bardziej oryginalny amalgamat fantasy, science fiction, biopunku i postapo– że posłużę się rdzennie polskimi terminami używanymi przez branżowych publicystów i popularyzatorów fantastyki. Rozwiązanie fabularne oferowane w Kamiennym niebie jest przy tym równie satysfakcjonujące, co rzadkie nawet u niekwestionowanych mistrzów światotwórstwa (przekonał się o tym w Polsce parę razy sam Jacek Dukaj), dzięki czemu czytelnik nie jest tu pozostawiony z tym charakterystycznym wrażeniem niedopowiedzenia, tak typowym dla niekończących się, taśmowych opowieści, zawsze otwartych na sequel wprowadzający jeszcze bardziej wrogich wrogów i jeszcze bardziej bohaterskich bohaterów.

Nie znajduję wad w Kamiennym niebie, ani też w całej „Trylogii Pękniętej Ziemi”. Owszem, są to powieści wymagające – ale czy i serial Westworld nie stawia przed widzami podobnego wyzwania w postaci śledzenia różnych planów narracyjnych i czasowych? Finał wyjaśnia także nieco będące wyznacznikiem oryginalności konceptu Jemisin decyzje w postaci zróżnicowania gramatycznego głosów narracyjnych (prowadzonych, przypomnijmy, nie tylko w pierwszej i trzeciej osobie, ale także w – bardzo rzadko spotykanej[2] – drugiej). Wszystkie zatem awangardowe wybiegi Jemisin, za których wybitne wykorzystanie słusznie została dwukrotnie nagrodzona statuetką Hugo, użyte są tu nie dla samej konceptualnej radości – tak charakterystycznej niestety dla dużej części twórców głównonurtowych w realizmie – lecz w uzasadniony fabularnie sposób. Wszystko to sprawia, że „Trylogii Pękniętej Ziemi” po prostu warto dać szansę, zwłaszcza teraz, gdy nadarza się okazja do przeczytania jej i przeanalizowania w całości.

Krzysztof M. Maj

[1] Ekotopia — odmiana narracji utopijnej, w której dominuje dyskurs ekologiczny, z tendencją do wiwisekcji szkodliwych dokonań antropocenu (stąd i często sceneria takich opowieści bywa postapokaliptyczna). Prototypową narracją ekotopijną jest Późne lato Johna Crowleya, ale jej elementy odnaleźć można też łatwo w twórczości biopunkowej Paola Bacigalupiego czy w dystopijnych powieściach Margaret Atwood (trylogia MaddAddam) i Lois Lowry (tu zwłaszcza nie tyle Dawca pamięci, ile kolejne tomy cyklu: Skrawki błękitu, Posłaniec oraz Syn). W Polsce o ekotopiach w kontekście filozoficznym i antropologicznym pisała Agnieszka Jelewska w książce Ekotopie. Ekspansja technokultury.

[2] Najbardziej znanym przykładem jest powieść Italo Calvino Jeśli zimową nocą podróżny, rozpoczynająca się od zdania: „Zabierasz się do czytania nowej powieści Itala Calvina Jeśli zimową nocą podróżny”.

Krzysztof M. Maj, Dziedzictwo Syl Anagist, „Creatio Fantastica” 2018, nr 1 (58).

Reklamy