Wierzę w wartość ciężkiej pracy — wywiad z Peterem V. Brettem

Autor cieszącego się ogromną przychylnością czytelników Cyklu demonicznego odwiedził niedawno Polskę, by promować ostatni tom serii, który ukazał się w maju tego roku. W rozmowie przeprowadzonej przez Barbarę Maciejczyk i Aleksandrę Szymczak amerykański pisarz Peter V. Brett[1] zdradził, jaki był jego pomysł na powieści, czemu będzie poświęcona kolejna seria jego książek i co tak naprawdę uważa o pracy pisarza.

Peter V. Brett wywiad

 

Barbara Maciejczyk: Od początku  Cyklu demonicznego konstruowałeś logiczny łuk fabularny, który doskonale spajał całą serię, jednak biorąc pod uwagę odstępy czasowe w publikacji poszczególnych powieści, mogło to utrudniać przyswajanie tekstu. Czy w takim razie Twoje książki najlepiej jest czytać wszystkie jedną po drugiej, w minimalnych odstępach czasu?

Peter V. Brett: Zawsze myślę o Cyklu jak o jednej wielkiej powieści. Wydaje mi się więc, że ludzie, którzy czytają go teraz i mają szansę przeczytać wszystkie jego części naraz, mają przewagę nad tymi, którzy musieli latami czekać na kolejne tomy. Smutne jest to, że jeśli nie kupisz pierwszej książki w serii, a ta zostanie anulowana, to nigdy nie przeczytasz reszty. Ale nawet biorąc to pod uwagę, możliwość przeczytania całości razem ma tę ogromną zaletę, że nie zapomina się tego, co wydarzyło się w poprzednich tomach. Każda część cyklu ma swoją osobowość, początek, środek i koniec, ale nie mam wątpliwości, że czyta się je lepiej razem, niż w długich odstępach.

B. M.: Czy uważasz, że rozbicie poszczególnych tomów w polskim wydaniu mogło wpłynąć na odbiór Twoich książek?

P. V. B.: Publikowanie w dwóch tomach było decyzją wydawnictwa. W niektórych krajach tak robią, a w innych nie. Z ostatnią książką zrobili tak również w Niemczech. Piszę bardzo długie powieści. Nawet po angielsku mają po osiemset, dziewięćset stron, a po przetłumaczeniu na język polski stają się jeszcze dłuższe. Rozumiem więc, dlaczego wydawca podjął taką decyzję, choć czasami zostaje się postawionym w trudnej sytuacji, kiedy pytają: ”No więc, w którym miejscu mamy ją podzielić?”. Muszę wtedy wrócić do książki i zdecydować, gdzie jedna się skończy, a kolejna zacznie, bo kiedy piszę, nie planuję podziałów w ten sposób. Tak więc czasami okazywało się to wyzwaniem, ale zawsze pracowałem z moim tłumaczem, by mieć pewność, że rozbijamy tomy w najbardziej odpowiednim miejscu.

B. M.: W czasie lektury nie dowiadujemy się, skąd tak właściwie w świecie znanym z Cyklu demonicznego wzięła się magia ani jak ona funkcjonuje. Czy ten zabieg był zaplanowany? Czy masz zamiar wyjaśnić czytelnikom te zasady w następnych książkach?

P. V. B.: Wyobrażam to sobie jako bardzo powolne ukazywanie tego, jak magia działa. W pierwszej książce bardzo ważne jest, by tego nie wiedzieć, ponieważ musisz uczyć się razem z bohaterami zasad, wedle których funkcjonuje świat. Dlatego też – i w pewnym sensie jest to dowcip – akcja książki rozpoczyna się na farmie. Taki początek działa, ponieważ kiedy nieświadoma, naiwna osoba wchodzi w świat, którego nie pojmuje i zaczyna go poznawać, czytelnicy podążają za nią i uczą się razem z nią. Chciałem więc, żeby magia była czymś tajemniczym, czego nikt nie rozumie (na początku serii) i dopiero stopniowo, w miarę jak przechodzimy przez kolejne tomy, dowiadujemy się o niej coraz to więcej i więcej, i więcej. Zatem choć w pierwszej książce jest bardzo mało magii, a na końcu serii ludzie obrzucają się błyskawicami, latają i robią inne podobne rzeczy, ma to sens, ponieważ jest powoli rozbudowywane przez cały Cykl. I to na samym końcu serii, na końcu ostatniej książki, daję prawdziwy wgląd w funkcjonowanie magii. Trzeba czytać uważnie i trochę pogłówkować, ale założenie jest takie, że reaguje ona na ludzkie emocje bardziej niż na cokolwiek innego. Słowa i symbole działają, ponieważ przez całe wieki ludzkość wierzyła, że tak jest. W ten sposób ich wiara odciska piętno na magii, ma permanentne konsekwencje, dzięki czemu symbole mogą funkcjonować, mogą ową magię absorbować i przekierowywać ją na różne sposoby – nawet jeśli ludzie już w to nie wierzą, ponieważ wierzyli przez całe wieki, przez tysiące lat. Zamysł jest więc taki, że ona reaguje na życie, a życie ewoluuje, ponieważ była w nim magia, i przez to oba elementy pozostają w pewnym związku. To właśnie nieco pobieżnie prezentuję w ostatnim tomie cyklu. Nie chciałem tego zdradzić już na samym początku i jest to coś, co rozwinę, pisząc kolejne książki.

B. M. : A możesz nam zdradzić, skąd wziąłeś pomysł na Otchłańców? Jakie były Twoje inspiracje – także te, z których czerpałeś podczas tworzenia całego świata przedstawionego?

P. V. B: Zawsze chciałem napisać opowieść o demonach. Jedną z pierwszych książek, jakie przeczytałem, kiedy byłem mały, były Kamienie elfów Shannary.

B. M.: Ile miałeś wtedy lat?

P. V. B.: Wydaje mi się, że było to w szóstej albo siódmej klasie, miałem więc wtedy chyba trzynaście lat. Przeczytałem Kamienie elfów Shannary, na podstawie której został niedawno nakręcony serial[2], gdzie podstawowym zamysłem jest to, że demony zostały uwięzione w innym wymiarze na tysiące lat, teraz zaś powracają do świata, który nie jest na to gotowy. To było coś, co bardzo silnie na mnie wpłynęło i pozostało ze mną, myślałem o tym przez lata. Zawsze wiedziałem, że chcę napisać książkę o demonach. Chciałem jednak, żeby były one częścią naszego świata, częścią opowieści. Wpadłem na pomysł, że demony, unosząc się na powierzchnię ziemi, przyjmują swą formę w zależności od tego, przez jaki teren przenikają. A więc te wynurzające się w lesie stają się demonami leśnymi i wtapiają się w las, a te wychodzące z gór stają się demonami kamiennymi. Chodzi o to, że istoty te są związane z miejscami, z których się wynurzają i które zamieszkują. Miałem więc ten swój pomysł, który ewoluował przez wiele, wiele lat. Ale chciałem też uchwycić doświadczenie zmagania się z przeciwnikiem, który wydaje się ludziom zbyt silny, by z nim walczyć, ponieważ pragnąłem – zwłaszcza w pierwszej książce – skoncentrować się na tym, jak to jest stale żyć w strachu, wciąż niepokoić się o swoją rodzinę, przyjaciół i zastanowić się, w jaki sposób wpływa to na traktowanie innych ludzi, kiedy każdy może zginąć w dowolnym momencie. Zwłaszcza w pierwszej książce chciałem, żeby demony wydawały się nieśmiertelne, jakby nie było szans na walkę z nimi i jedynym, co mogłeś zrobić, to uciekać. I dopiero, kiedy ludzie przestają uciekać, odkrywają, że mogą dokonywać innych wyborów.

B. M.: Dużą część swoich książek poświęciłeś na porywające opisy walk ludzi z Otchłańcami. Są one napisane barwnym, transparentnym językiem, a każdy tom cechuje potoczysta narracja. Czy ten styl stanowi efekt ciężkiej pracy, czy też pisanie zawsze szło Ci łatwo?

P. V. B.: To zawsze ciężka praca! Nie jestem pewien, czy wierzę, że talent istnieje. Myślę, że niektórzy mają szczęście, jeśli mają dobrą pamięć albo smykałkę do języków, ale każdy, kto jest w czymś naprawdę dobry, jest taki dzięki ciężkiej pracy i praktyce. Nie wierzę więc, że urodziłem się dobrym pisarzem. Nie wierzę, żebym miał jakiś wrodzony talent. Malowany człowiek był moją piąta książką. Napisałem inne, które nie były dość dobre, by dojść do tej, która taką się okazała. Poświęciłem naprawdę sporo godzin, by dotrzeć do tego poziomu. Nie chciałbym, by ktokolwiek myślał sobie, że „ojej, nie mam talentu, więc nie będę nawet próbował”, bo talent zdobywa się ciężką pracą. Nie możemy udowodnić, że talent istnieje, nie możemy go zmierzyć, nie ma na to żadnych testów. Czy jest, czy go nie ma, powinniśmy udawać, że nie ma i brać się do roboty.

B. M.: A który tom cyklu najlepiej Ci się pisało i co miało na to wpływ? Chciałam zapytać też o coś bardziej osobistego: która z postaci jest Twoją ulubioną albo uważasz, że jest najważniejsza dla fabuły Twoich powieści?

P. V. B.: Jest kilka fragmentów czy motywów z książek, które naprawdę uwielbiam…

B. M.: Na przykład?

P. V. B: Relacje między Arlenem i Jardirem, które rozwijają się i zmieniają przez całą opowieść, były dla mnie bardzo ważne. Niektóre z moich ulubionych fragmentów dotyczą okresu, kiedy Arlen jest bardzo młody i blisko zaprzyjaźniony z Jardirem. Wyobrażam ich sobie w tym okresie jako gliniarzy-kumpli, kiedy walczą razem w labiryncie i uczą się o swoich kulturach, próbując nie obrazić się wzajemnie, bo naprawdę chcą być przyjaciółmi, mimo tego, że różnice kulturowe bardzo to utrudniają. To jeden z moich ulubionych motywów. Również bliska jest mi scena wesela Renny. To była kulminacja tak ogromnej ilości pracy, kiedy zupełnie spontanicznie wszyscy porzucili swoje zajęcia, by spróbować uczynić tę noc zupełnie wyjątkową dla tych, których kochali. A dla Renny, niewidzącej nigdy wcześniej tłumu niepróbującego jej zabić, był to wręcz nierzeczywisty moment, kiedy patrzy na to ogromne zgromadzenie i jest przerażona, aż zdaje sobie sprawę, że wszyscy się zebrali, by dzielić z nią jej szczęście. To niesamowity moment, zmieniający całe jej spojrzenie na świat. Stała się bardzo zła i bardzo wyalienowana. I to jest chwila, która pozwala jej odejść od tego i przywraca jej wiarę w ludzkość. To także bardzo ważny fragment dla mnie… Pisanie o Rojerze i jego żonach również okazało się znacznie przyjemniejsze, niż się tego spodziewałem. Mógłbym tak wyliczać w nieskończoność. Nie pisałbym o rzeczach, które mnie nie ekscytują!

B. M.: W Twoim stylu widać wpływ sztuk plastycznych – chociażby w barwach, bardzo wizualnych opisach, projektach run. W końcu ukończyłeś przecież studia z zakresu literatury angielskiej, a także historię sztuki na Uniwersytecie Buffalo. Myślałeś o tym, by do fabuły swoich książek dodać więcej wątków malarskich?

P. V. B.: Dodawałem tam, gdzie wydawało mi się to na miejscu. Staram się nie wchodzić zbyt głęboko w detale odnośnie tego, co ludzie noszą. Niektórzy autorzy uwielbiają to robić, ale mi często wydaje się to dość nużące. Robert Jordan był moim ulubionym autorem, ale potrafił poświęcać stronę za stroną, opisując każdą suknię i każdy strój noszony przez postaci, włącznie z wzorami na mankietach. Ja opiszę postać może raz, na samym początku, i potem nie będę już tego powtarzać. Zrobię to, jeśli pojawi się jakiś strój ceremonialny, wtedy tak. Przedstawię też bardzo dokładnie choćby kościany kościół i to, jak to jest być tam, stać w takim miejscu. Ze względu na to, jak świat wyglądał na początku serii, ludzie nie mieli czasu na tworzenie sztuki. Byli zbyt zajęci trzymaniem się przy życiu, ale teraz, kiedy sytuacja się zmienia, ludzkość odzyskuje siły, sztuka powróci do świata wyrazista jak nigdy wcześniej i to jest zdecydowanie coś, co mogę rozwijać w miarę pisania. Używam jednak mojego wykształcenia artystycznego przy projektowaniu rzeczy. Zlecam malowanie portretów postaci, by przekazać je później wydawcom jako pomoc w przygotowywaniu okładek. Pomagałem przy dyrekcji artystycznej projektów pod oprawę graficzną książek. Współpracuję z artystą Larrym Rostantem, który jest autorem tych okładek. Razem wybieramy modeli. Wysyłam opisy dotyczące tego, jak dana postać wygląda, w co powinna być ubrana, jakie pozy według mnie wyglądałyby najlepiej na okładce. Potem on robi sesję zdjęciową, wysyła fotografie do mnie i redaktorów, a potem dyskutujemy o tym, które z nich są najlepsze względem danej postaci. Miałem więc sporo wpływu na tego typu kwestie i myślę, że wykształcenie artystyczne w tym pomaga.

B. M.: Zapewne okaże się ono również niezwykle pomocne podczas dokonywania ustaleń dotyczących ekranizacji powieści. W końcu ostatnio wiele się mówi o planach sfilmowania Twoich książek. Czy byłbyś chętny do współpracy przy takim projekcie?

P. V. B.: Mamy scenarzystów adaptujących książki na potrzeby telewizji. Nie wiemy na pewno, czy projekt zostanie zrealizowany, ale pracuję nad tym z nimi. Przekazałem im więcej informacji niż komukolwiek innemu na temat świata, postaci i drobnych detali dotyczących różnych miejsc, które nie trafiły do książek, ponieważ nie pojawiły się ku temu okazje. Nie chcę pisać scenariuszy samemu, nie jest to coś czemu chciałbym się poświęcić, ale jestem bardzo zaangażowany w ich przygotowywanie. Jeśli będziemy mieć na tyle szczęścia, że serial zostanie zrealizowany, będę współpracował przy jego produkcji w stopniu na jaki mi pozwolą.

B. M.: Nie da się ukryć, że nawet pomimo pominięcia tych fragmentów Twoje książki rzeczywiście są niezwykle długie. Zamierzasz teraz odpocząć po wysiłku związanym z napisaniem ich, czy też masz pomysł na nową powieść? A może na razie planujesz skoncentrować się na promocji nowego tomu Cyklu demonicznego?

P. V. B.: Nowe książki już zostały sprzedane! Złożyłem dwunastostronicowe streszczenie tego, co się w nich wydarzy. Wydawcy zgodzili się i podpisaliśmy kontrakt. Zaczynam pracę nad nimi. Wiem dokładnie, co stanie się w pierwszej części, a co do drugiej i trzeciej mam wstępny zarys.

B. M.: Czy mógłbyś uchylić rąbka tajemnicy, o czym będą opowiadać? Nasi czytelnicy z pewnością chętnie się tego dowiedzą!

P. V. B.: Ich akcja będzie się rozgrywać piętnaście lat po zakończeniu wydanych już części Cyklu. Główni bohaterowie będą nowymi postaciami, ale jeśli ktoś już czytał ostatnią książkę z tej serii, to w niej właśnie pojawił się moment ich narodzin, w nadchodzącej powieści będą więc mieli około piętnastu lat. Bohaterów z poprzedniej serii będzie można spotkać już tylko jako postacie drugoplanowe. Niepoznane jeszcze osoby dostaną szansę, by odkrywać miejsca poza granicami znanego świata. Udamy się więc do różnych jego części, zobaczymy kolejne kultury, odkryjemy nowe rzeczy. Nie mogę się doczekać pracy nad tym!

Aleksandra Szymczak: Biorąc pod uwagę ogromny wysiłek, jaki musisz wykonać w związku z każdą książką, spodziewam się, że masz pewne przemyślenia dotyczące pisarstwa. Wiemy już, że nie wierzysz w istnienie talentu, ale raczej w sukces zdobyty dzięki ciężkiej pracy. Co w związku z tym poradziłbyś początkującym autorom? Od czego powinni zacząć swoje starania, swoją karierę? Jakie są największe pułapki czyhające na młodych twórców?

P. V. B.: Pierwsze i najważniejsze: talent nie istnieje. Tylko ciężka praca i praktyka. Pierwsza książka, którą napiszesz, raczej nie będzie pierwszą, którą sprzedasz. Może tak być, ale prawdopodobnie nie będzie. Tak samo jak pierwsza melodia, jaką uczysz się grać na pianinie, nie będzie tą, którą nagrasz i spróbujesz sprzedać. Pierwsza piosenka, którą piszesz, nie jest pierwszą, którą usłyszysz w radiu. Ludzie nie chcą tego słyszeć i jest to trudne do zaakceptowania, ponieważ kiedy pracujesz naprawdę ciężko nad książką, niełatwo jest powiedzieć sobie: to nie jest dość dobre, muszę bardziej się postarać. I zawsze istnieje ta pokusa, by opublikować to samodzielnie czy zrobić coś podobnego. I nie ma w tym nic złego, o ile książka jest wystarczająco dobra. Ale trzeba też umieć zaakceptować, że czasami, owszem, napisałem tę książkę, dużo się w trakcie tego nauczyłem, i właśnie dzięki temu teraz mogę zacząć pracę nad następną, która będzie lepsza. To wiedza, która boli najbardziej. Również muszę dodać: brak weny nie istnieje. Jakość tekstu powstałego, kiedy zmuszasz się, by zasiąść do pisania, choć zupełnie ci się nie chce, jest tak samo dobra, jak wtedy, kiedy czujesz inspirację. Można też wyszkolić się, by być kreatywnym na komendę, jeśli naprawdę chcesz się temu poświęcić.

A. Sz.: Potrafisz to zrobić?

P. V. B.: Czy potrafię to zrobić? Musiałem to zrobić! Miałem ściśle określony czas na pisanie, kiedy pracowałem nad Malowanym człowiekiem. Była to podróż metrem do pracy i droga powrotna do domu. Czterdzieści pięć minut jazdy z Brooklynu do miasta i czterdzieści pięć w drodze powrotnej. Siadałem i pisałem na moim telefonie. Miałem na nim mini wersję programu Microsoft Word i wklepywałem kciukami około czterysta słów rano i czterysta wieczorem. Potem zrzucałem to na komputer, poprawiałem wszystkie błędy i dodawałem kolejne dwieście słów albo coś koło tego. Miałem więc około tysiąca słów dziennie i robiłem to codziennie przez prawie rok. Wiele razy o poranku wcale nie miałem ochoty pisać. Chciałem czytać książkę, chciałem siedzieć i gapić się w pustkę albo słuchać muzyki, ale było dla mnie ważne, żeby pisać, więc zmusiłem się do nauczenia się, jak to robić. Więc Ty też możesz. Każdy może.

A. Sz.: Zawsze mnie zastanawiało, jak to jest być autorem i czytać swoje własne książki. Kiedy czytam Twoje powieści, często daję się im ponieść i czuję zaskoczenie, smutek, radość. Ty jednak nie masz szansy po prostu przeczytać swoich własnych dzieł w taki sam sposób, jak ja czy inni czytelnicy.

P. V. B.: Jedna z rzeczy, które bardzo lubię, to słuchanie audiobooków moich książek. Kiedy chcę sobie coś przypomnieć albo kiedy zaczynam pracę nad nową książką, słucham audiobooków moich poprzednich powieści i dzięki temu mogę doświadczyć je w inny sposób. Daje mi to nieco inne odczucia.

A. Sz.: Ale to nigdy nie jest ten pierwszy raz.

P. V. B.: Bardzo staram się doświadczyć wszystkich emocji, o których wspominasz, gdy jestem w trakcie pisania. Najpierw rozpisuję fabułę książki, tak więc wiem, co ma się w książce wydarzyć. Dzięki temu kiedy piszę prozę, mogę skoncentrować się na tym, jak postaci przeżywają to, co ma się wydarzyć. Ponieważ znam akcję i koncentruję się na uczuciach bohaterów, próbując wyjaśnić je czytelnikowi, muszę niejako przejść przez to wszystko samemu, by być w stanie to opisać. Podczas pisania odczuwam więc pełen wachlarz emocji, tak jak Ty podczas lektury.

A. Sz.: A czy nie żałujesz czasem, że nie jesteś tylko czytelnikiem?

P. V. B.: Trochę tak. Byłoby fajnie… Czasami myślę sobie, że gdybym miał wehikuł czasu, wróciłbym do przeszłości i dał samemu sobie wszystkie napisane już przeze mnie książki. Mógłbym wtedy przeczytać je bez całej tej ciężkiej pracy. Byłoby to oszukiwanie, ale to tylko takie marzenie.

B. M. & A. Sz.: Dziękujemy za rozmowę!

Z języka angielskiego przełożył Mateusz Tokarski

Brett - autograf

[1] Peter V. Brett — ur. 1973; amerykański pisarz fantasy, autor m. in. Cyklu demonicznego wydanego w Polsce nakładem wydawnictwa Fabryka Słów; ukończył studia na kierunkach literatura angielska oraz historia sztuki na Uniwersytecie Buffalo; mieszka w Nowym Jorku wraz z żoną i córkami.

[2] Przypis autorek: Kamienie elfów Shannary zostały zekranizowane w formie serialowej pod tytułem Kroniki Shannary (The Shannara Chronicles).

Cytowanie: Wierzę w wartość ciężkiej pracy — z Peterem V. Brettem rozmawiają Barbara Maciejczyk i Aleksandra Szymczak, „Creatio Fantastica”, nr 1 (58).

Reklamy