Anna N. Wilk – Smaczne kąski

Killing-Bites-Season-2-Release-Date-For-The-Anime-Killing-Bites-Manga-Continues-Hitomi-Ratels-StoryRecenzja serialu: Killing Bites, sezon 1, Japonia 2018, Liden Films, ostatni wyemitowany odcinek: 1×12 Thanks for Everything (31 marca 2018).

 

 

The one with the sharper fangs wins,

That’s what Killing Bites is![1]

            Japońska kultura popularna udowadnia, że jedyne, co ogranicza założenia fabularne tak zwanych serii bitewnych, to kreatywność ich twórców. Były już filmy i seriale animowane o kosmitach z muskulaturą godną mistrzów wrestlingu, słodkich małych kreaturkach wyskakujących z okrągłych pojemników, komórek lub komputerów, nastolatkach w bojowych robotach, wojownikach znaków zodiaku, tak chińskich, jak i tych zachodnich, czy wszelkiego rodzaju personifikacjach przedmiotów codziennego użytku, na przykład puszek po napojach (chciałabym, ale niestety nie zmyślam). Przy takiej barwnej konkurencji seria o pojedynkach między pół ludźmi-pół zwierzętami wydaje się niemalże nudna i wyświechtana narracyjnie, prawda? Killing Bites potrafi jednak pozytywnie zaskoczyć. To anime, które ma odwagę odpowiedzieć na pytanie nigdy niezadane, acz istotne dla widzów, spragnionych przerwy od korzystania z analitycznych części mózgu – jak wyglądałby program Z kamerą wśród zwierząt, gdyby nakręcono go w konwencji gry Mortal Kombat?

Noc. Młoda dziewczyna samotnie idzie ulicą, gdy nagle zostaje wciągnięta do vana przez grupę studentów. Kiedy widz już zaczyna podejrzewać, że przez przypadek włączył serial dla amatorów bardziej horyzontalnej formy wysiłku fizycznego, licealistka brutalnie zabija swoich niedoszłych prześladowców. Pozostawia jednak przy życiu Yuuyiego Nomotego, cichego i biernego studenta, który był przeciwny nocnej eskapadzie kolegów. Hitomi Uzaki, bo tak się nazywa przerażająca nieznajoma, rezygnuje z uśmiercenia go, ponieważ potrzebuje kogoś, kto będzie oficjalnie odgrywał rolę fraje… znaczy, mecenasa jej walk z innymi dziwnymi indywiduami. Szybko okazuje się bowiem, że licealistka nie tylko potrafi przemieniać się w pół człowieka, pół ratela miodożernego, lecz także jest uczestniczką tytułowego Killings Bites, tajnej imprezy, na której przedstawiciele czterech ważnych korporacji światowych mogą obstawiać wyniki walk między podobnymi hybrydami. Tak oto rozpoczyna się nietypowa relacja nadzwyczaj pasywnego protagonisty i zadziornej dziewczyny, wielbiącej każdą okazję do mordobicia.

Jeśli kogoś razi duża ilość przemocy oraz fanserwis natury erotycznej, to niech lepiej poprzestanie przygodę z anime Killing Bites już na etapie czytania tytułu. Krew leje się gęsto, odcięte kończyny latają wysoko, a nawiązania do rozmaitych fantazji seksualnych nie gorszą tutaj nikogo. Muszę jednak przyznać, że powyższe elementy dobrze współgrają ze zwierzęcą tematyką recenzowanego serialu – pozwalają m.in. zaakcentować dzikość uczestników tajnych rozgrywek oraz wpływ mutacji na ich psychikę. W akceptacji założeń fabularnych pomaga również wszechobecna groteska i komizm charakterologiczny oraz sytuacyjny, zwiększające dystans do przedstawionych wydarzeń. Co więcej, sceny walk w serialu są poprzetykane ciekawostkami z zakresu świata dzikiej przyrody, objaśniającymi zachowanie poszczególnych bohaterów oraz ich strategie bitewne. Niektóre z wymienionych informacji wydają się tak kuriozalne (na przykład przeświadczenie twórców, jakoby ratel miodożerny był zwierzęcą wersją Terminatora, Jamesa Bonda i Conana Barbarzyńcy razem wziętych), że pod ich wpływem odbiorca może zacząć przeglądać książki lub filmy dokumentalne o faunie i florze, aby sprawdzić, czy nie padł ofiarą przedwczesnego żartu primaaprilisowego. Recenzowane anime jest więc chyba jedynym przedstawicielem swego gatunku, które ma szansę jeśli nie wzbogacić wiedzę widza, to przynajmniej dać mu możliwość zaskoczenia grona znajomych zbiorem fascynujących anegdot o zwierzętach.

Udani bohaterowie to połowa sukcesu każdej serii bitewnej. Jeśli widz ich nie polubi, nie znajdzie powodu do kibicowania im, walki szybko staną się dla niego nużące i bezcelowe. Należy więc pochwalić Shinyę Muratę, autora scenariusza mangowego pierwowzoru, za sporą kreatywność przy tworzeniu zwierzęco-ludzkich hybryd. Pisarz nie ograniczył się bowiem jedynie do wizji standardowych istot, takich jak np. niedźwiedziołak czy lwołak; świat przedstawiony Killing Bites pełen jest również postaci o cechach zwierząt powszechnie słabo znanych lub nieutożsamianych z walecznością, przykładowo frynosomy rogatej, cywety i hipopotama. Dzięki temu także i serial igra z oczekiwaniami widza, wzbudzając w nim niemalże dziecięcą ciekawość, który mutant ma większą szansę wygrać. Paradoksalnie, najmniej interesującą postacią w Killing Bites jest protagonista, Yuuya Nomoto. Można bowiem odnieść wrażenie, że chłopak występuje w serialu jedynie w celu zminimalizowania konieczności wprowadzania scen o charakterze wyłącznie ekspozycyjnym. Wyeliminowanie go z fabuły nie miałoby znaczącego wpływu na przebieg wydarzeń. Na szczęście, jego spolegliwość i strach przed Himeko nie drażnią widza, a sam bohater jest dosyć sympatyczny. Urzekają jego ni to braterskie, ni to romantyczne relacje z dziewczyną. Jeśli wierzyć końcowym minutom ostatniego odcinka, Yuuya ma szansę zaskoczyć widza, ale dopiero w drugim sezonie. Natomiast Himeko stanowi ciekawszą postać, już choćby dlatego, że jest czynnikiem sprawczym w stosunku do całego przebiegu przedstawionych zdarzeń. Oczywiście wiadomo, że będzie wygrywać z przeciwnikami (nie oszukujmy się, to jej postać dominuje na plakatach promocyjnych), ale sięga po zwycięstwo w sposób widowiskowy, a często także i nieprzewidywalny. Brutalna i agresywna, urocza i zabawna zarazem, potrafi zyskać przychylność odbiorcy oraz wzbudzić w nim chęć oglądania kolejnych odcinków.

Killing Bites jest animowanym ekwiwalentem popcornu. Człowiek niby wie, że ta przekąska składa się głównie z pustych kalorii i łusek, które można bardzo umownie uznać za źródło błonnika, ale ponieważ jest smaczna, nie potrafi się powstrzymać przed skonsumowaniem całej swojej porcji. Recenzowany serial także raczej nie wzbogaci widza o nowe doznania czy spojrzenie na świat, ale z pewnością zapewni mu kilka godzin dobrej rozrywki. Energiczna muzyka zmuszająca palce do wystukiwania rytmu (szczególnie opening killing bites autorstwa grupy FripSide), animacja na dobrym poziomie, intrygujące ciekawostki na temat zwierząt oraz sympatyczni bohaterowie są gwarancją udanego seansu. Polecam!

[1] Jest to fraza powtarzana w każdym odcinku przez główną bohaterkę.

Anna N. Wilk

Anna N. Wilk, Smaczne kąski, „Creatio Fantastica” 2018, nr 1 (58).

Reklamy