Krzysztof M. Maj — Smutoradość finalności

31408431_10156333622143774_697308947190644736_nRecenzja książki: Marcin Podlewski, Głębia 4. Bezkres, 978-83-7964-334-9, ss. 848.

Głębia: Bezkres Marcina Podlewskiego w pełni zasługuje na swój podtytuł: tomiszcze to bowiem potężne, powalające na kolana nawet w nieważkiej wersji cyfrowej, a na dodatek mieszczące w sobie materiał na co najmniej kilka powieści (w tym i jednej nudnej o kosmicznych raubritterach, doda każdy, kogo niemiłosiernie irytuje postać Johnny’ego Osiem i jego chwackich konfratrów w rozboju). Sięgając po tom czwarty i mając w pamięci niejasne powidoki przedstawionych w poprzednich tomach okoliczności wybuchu Wojny Naporu między frakcjami ludzi, Obcych i – ostatecznie również – Maszyn, wiedziałem, że mierzę się z niemożliwym wyzwaniem dla pamięci – i dlatego też wszystkim zalecam przynajmniej pobieżne przypomnienie sobie fabuł Skokowca, Powrotu i Naporu przed zanurzeniem się w narracyjny Bezkres ośmiuset trzynastu stron monumentalnego finału space opery Podlewskiego. Rozwijana dzielnie przez fanów cyklu z niemałą pomocą autora „Głębiopedia” wciąż bowiem zawodzi w nawet najbardziej podstawowym wymiarze ogarnięcia rozległego katalogu postaci, statków i – przede wszystkim – sektorów Wypalonej Galaktyki, oznaczanych pieszczącymi ucho dźwiękami w rodzaju NGC 637.

No i właśnie, zacznijmy może od podstawowego problemu. Jakkolwiek w każdej szanującej się space operze na inflację postaci pierwszo- i drugoplanowych nie ma co narzekać, bo takie są nienegocjowalne prawa konwencji – tak już w świecie, w którym nic nie ginie, bo powraca pod postaciami widm, cyfrowych backupów i nadświadomości, nasyłanie na nieszczęsnego czytelnika mrowia postaci, częstokroć nazywanych odmiennie w zależności od swych kolejnych wcieleń, jest okrucieństwem, na jakie nie pozwolił sobie nawet Jacek Dukaj w Perfekcyjnej niedoskonałości. Otwarcie przyznam, że w połowie książki moje pojęcie o tym, kto wciąż żyje, a kto przeszedł w odmienne stany kwantowe, było bledsze od samego Bladego Króla – i coś mi mówi, że scenariusz taki zaczął przewidywać i sam Podlewski, decydując się dodać do nazwiska cyfrowej kopii jednego z bohaterów stare, swojskie 2.0, pozwalające przynajmniej zidentyfikować, z kim w ogóle mamy do czynienia. Mnogość postaci i ich inkarnacji stanowi więc problem, który dla czytelników nieradzących sobie ze śledzeniem równoczesnego biegu opowieści z perspektywy kilkunastu fokalizatorów, może być czynnikiem zniechęcającym do lektury. Tej nie ułatwia też trochę irytująca skłonność autora do częstych cięć kompozycyjnych, wymuszających ciągłą rotację fokalizujących narrację postaci – jednak to uznać można byłoby już za ogólną prawidłowość space oper. Szkoda tylko, że skutkiem tejże w Bezkresie załamała się nieco kompozycja cyklu oparta dotąd na dwóch zasadniczych wątkach: awanturniczo-przygodowym Myrtona Grunwalda i jego ekipy ze „Wstążki” aka „Czarnej Wstęgi” oraz mistyczno-cyberpunkowym genohakerki Kirke Bloom.

Smutoradość, pożyczona z genialnie zaprojektowanego postludzkiego języka sekty Elohim (później Despectum – tak, fluktuacje nazewnicze nie omijają u Podlewskiego nawet i całych społeczności), jest więc dobrą nazwą złożonych wrażeń, jakie pozostawia lektura Głębi: Bezkresu. Tym, co niewątpliwie olśniewa, są w dalszym ciągu światotwórcze koncepcje Podlewskiego – tu wybuchające w erupcji talentu przy opisie funebrycznych grimów zastępu Bladego Króla, urządzającego lodowate żniwa w Wypalonej Galaktyce. Opisy gargantuicznych, widmowych statków, sunących przez przestwór kosmiczny z iście warhammerowskim majestatem, są absolutnie zachwycające i ukontentują każdego, komu było kiedykolwiek dane obcować z Flotą Nekronów czy nawet z niosącymi zbliżony do posłannictwa Bladego Króla przekaz Żniwiarzami z Mass Effecta. Pewnym rozczarowaniem dla niektórych może być oszczędność, z jaką Podlewski zaczął opisywać cywilizacje ksenomorficznego Konsensusu Obcych oraz Maszyn. W Naporze zachwycała inwencja nazewnicza, jaką dysponował autor w opisach klas statków Maszyn (tj. geometrii) czy Obcych (tu: patogeny, wirofagi itp.), a także filozoficzne problemy związane z kreacją ras obcych do tego stopnia, by uniemożliwiać jakąkolwiek komunikację (varelse w klasyfikacji Orsona Scotta Carda). W Bezkresie… cóż, pewne nadzieje związane są z ujawnieniem miejsca, z którego Przybyli Ci, Którzy Podobno Wcale Nie Mieli Wracać, ale niestety wątek ten, wraz z motywacjami samych Obcych, nie zostaje zanadto już pogłębiony (pun unintended). Podobnie rzecz się ma z wybijającymi się we wcześniejszym tomie retrospektywami, świetnie ukazującymi motywacje Klanu Naukowego i historię Wypalonej Galaktyki jeszcze sprzed Wypalenia, a zatem z czasów świetności jedynowładczych rządów Imperatora. Tak jak lód u Dukaja zamrażał historię, tak też Bladość u Podlewskiego zasklepia Galaktykę w teraźniejszości, mobilizując wszystkich bohaterów do zapomnienia o partykularnych motywacjach, aliansach i zniuansowanej polityce na rzecz wspólnej walki z przeciwnikiem nieuznającym jakiejkolwiek komunikacji – czy to kseno, czy to ludzkiej, czy nawet maszynowej.

W Bezkresie lśnią pojedyncze wątki: Piecky’ego Tipa i Fibonacci, Kirke Bloom, Madelli Nox, Jedności i – w nieco mniejszym jednak wymiarze niż w poprzednich tomach – Myrtona Grunwalda, który, choć ewidentnie dobrze radzi sobie w szarży admirała, to jednak wyraźnie tęskni za czasami kapitanowania skokowcowi i popijania migdałowej whisky. Zdecydowanie słabiej prezentują się wątki związane z peryferiami Wypalonej Galaktyki – w tym zwłaszcza z od początku traktowanymi po macoszemu sektorami Ligi i Państwa – ewidentnie zdominowanymi przez narrację sprzyjającą perspektywie Federacji i to do tego stopnia, by z łatwością można było na tę sieć relacji nałożyć ekstrapolację dzisiejszych stosunków między mocarstwami XXI wieku. Wypada jednak przyznać Podlewskiemu, że mistrzowsko te niedostatki tuszuje, czemu sprzyjają też rozmaite łatwe do przewidzenia, ale jednak atrakcyjne lekturowo okoliczności fabularne. Tyczy się to także zakończenia – niezwykle trudnego do napisania przy tak rozległej i rozłożystej narracji, zabierającej czytelników ostatecznie w podróż na skalę galaktyczną i kreującej wizję zagłady wykraczającej poza najśmielsze wyobrażenia geno- i ksenocydów. Jest ono na pewno satysfakcjonujące: spina większość kluczowych wątków, równomiernie rozdysponowuje czas sceniczny pomiędzy bohaterów, szczególnie hojnie traktując faworytów fabularnych, ale i – co chwalebne – pozwalając wykazać się tym, którzy, jak w szczególności Monsieur, nie mogli mieć dotąd dobrej prasy u czytelników. Równocześnie jednak może ono nie przypaść do gustu tym, którzy cenili w cyklu Podlewskiego podjęcie problemu różnorodności i niełatwej koegzystencji ras czy gatunków o odmienności utrudniającej lub uniemożliwiającej (varelse) obopólną komunikację. Tylko pragmatycy wybierają Aleksandrowe cięcie mieczem i Salomonowe wyroki – niektórzy lubią rozsupływać i w nieskończoność nierozsupływalne węzły, jeśli tylko umożliwia to odroczenie werdyktu, na mocy którego odmienność zostaje wzmocniona izolacją, a różnorodność – zastąpiona unifikacją. Zgodnie z nieśmiertelną tradycją space opery otwiera się jednak pod koniec okienko na kontynuację, więc może w niej należy pokładać nadzieję na rozwinięcie tych wątków, które zostały w Bezkresie trochę przedwcześnie rozwiązane.

Czytana już jako całość, czterotomowa Głębia Marcina Podlewskiego jest niewątpliwym świadectwem rozwoju polskiej fantastyki naukowej, zwłaszcza zaś tego jej odłamu, który szuka równowagi między rozbuchaną futurystyką Stanisława Lema i Jacka Dukaja a przygodową prozą Tomasza Kołodziejczaka czy Roberta Szmidta. Nie jest to na pewno poziom Różańca Rafała Kosika, Holokaustu F Cezarego Zbierzchowskiego czy późnych Gamedeców Marcina Przybyłka – ale na pewno jest to kawał dobrze napisanej prozy, znamionującej oczytanie autora w tekstach popkultury i adekwatne rozeznanie w konwencji. Jeżeli więc ktoś nie czytał jeszcze nic o losach Myrtona Grunwalda i załogi jego skokowca, a równocześnie szuka atrakcyjnie zrealizowanej space opery na polskim gruncie, niech nadrobi wcześniejsze trzy tomy cyklu. Dla takiego bowiem finału – zdecydowanie warto.

Krzysztof M. Maj

Cytowanie: Krzysztof M. Maj, Smutoradość finalności, „Creatio Fantastica” 2018, nr 2.

Reklamy