Alicja Podkalicka – Kiedy papier umiera

ee80b8f3768e0f823c5a45eba2ab224cRecenzja książki: Ray Bradbury, 451 stopni Fahrenheita [Fahrenheit 451], przekł. Wojciech Szypuła, Warszawa: MAG 2018, ISBN: 9788374809221, ss. 176.

Dawno, dawno temu, w czasach, gdy straż pożarna gasiła zamiast podpalać, a książka była dobrem chronionym, nie zaś zagrożeniem, coś się bardzo popsuło. W filmie Equilibrium z 2002 roku przedstawiono wizję świata, w którym zakazane są emocje, a wszystko, co może je wywołać, jest uznane za nielegalne i natychmiast palone. Dlaczego? Za sprawą uczuć powstają kłótnie, spory, wreszcie: wojny i ludzkie tragedie. Jedynym sposobem, by wyplenić zło, jest sięgnięcie do jego korzeni. Wspomniana produkcja inspirowana była jednak książką, która przedstawia problem w sposób bardziej enigmatyczny i w znacznie węższym zakresie. Mowa o 451 stopniach Fahrenheita Raya Bradbury’ego, najnowszej pozycji z Magowej serii Artefakty.

Guy Montag mocno wierzy w słuszność swojej pracy. Straż, która pali całe domy w reakcji na poufną informację, że jego lokatorzy mogą posiadać książki, jest niezłomna i zawsze skuteczna. Dopiero przypadkowe spotkanie z dziewczyną, młodą, nie do końca przystającą do otaczającej ich rzeczywistości, zasiewa w nim ziarno wątpliwości. Clarisse zadaje za dużo pytań, zbyt wiele rzeczy ją interesuje… Kiedy wytwarza się między nimi porozumienie, ona nagle znika, ale obudzona w mężczyźnie ciekawość pozostaje. Gdy jednak jedna z akcji kończy się w nieprzewidziany sposób, Guy posunie się jeszcze o krok dalej, zabierając ze spalonego domu starszej pani zakazaną książkę.

Wizja Bradbury’ego nie jest obecnie może tak zaskakująca, jak była zapewne w latach pierwszego wydania książki (1953 rok), jest też ujęta w sposób zdecydowanie prostszy niż rozpieszczające współczesnego odbiorcę produkcje filmowe i powieści. Jest jednak jednocześnie nieco przystępniejsza. Strażak, który pali książki zamiast gasić pożary, na początku silnie zakorzeniony w otaczającej go rzeczywistości, a później coraz bardziej odstający od niej – jest wystarczająco interesujący, by przykuć uwagę, i chociaż w powieści brakuje uzasadnienia zmian, które autor zdecydował się względem znanej nam rzeczywistości, to spokojnie można poprzestać na tych niewielu elementach świata przedstawionego, które się jednak pojawiają, i skupić na śledzeniu rozwoju bohatera.

Montag przechodzi całkowitą rewolucję wewnętrzną – z trybiku w wielkiej machinie kontroli staje się bojownikiem o wolność, odszczepieńcem i wygnańcem. Bardzo podobało mi się ukazanie jego walki wewnętrznej na tle otoczenia, które tę walkę zauważa i odbiera jako niepokojącą. Guy Montag się nie ukrywa, bo nie potrafi, a ludzie wokół niego są uważni – tak wytresował ich system. Z rodzinnego szczęścia pozostało mu przeświadczenie, iż żył się z całkowicie obcą, pozbawioną zdolności do samodzielnego myślenia osobą, zainteresowaną jedynie przekazami medialnymi i pigułkami nasennymi, a z pracy, w której sens głęboko wierzył – poczucie bycia oszukanym i prześladowanym. Jednak nadal głęboko w nim przywiązanie do wcześniejszych wartości, jak choćby troska o żonę. To porusza o wiele bardziej, niż przedstawiona przez autora futurystyczna wizja.

Taki obraz przyszłości jest jednak dość trafny, zwłaszcza jeśli kwestię palenia książek zrozumie się metaforycznie. Bradbury wyraźnie widział, a jeszcze wyraźniej przekazał w swojej powieści zagrożenie płynące z masowego medium, jakim stała się telewizja. W miejsce książek, określanych przez bohaterów drugoplanowych jako nic niewarte („Beletrystyka traktuje o nieistniejących ludziach i wytworach wyobraźni. A literatura faktu? Literatura faktu jest jeszcze gorsza: jeden profesor wyzywa drugiego od idiotów, jeden filozof wydziera się prosto w twarz, a wszyscy gonią w piętkę, gaszą gwiazdy i przesłaniają słońce”1), pojawiają się wszechobecne ścianowizje i „rodziny”, których życie zastępuje to realne. Konfrontacja pomiędzy „przyjaciółkami” jego żony, zainicjowana przez Montaga, kończy się obnażeniem ich prawdziwych osobowości i wydobyciem na światło dzienne pustki drążącej ich życie – pustki, która jego samego przeraża i obrzydza. Poza tym nie znajdzie się u Bradbury’ego wiele nowinek technologicznych, których można by szukać w fantastyce sprzed lat i porównywać ze stanem obecnym.

451 stopni Fahrenheita nie jest książką doskonałą – ani pod względem fabularnym, ani językowym. Można śmiało powiedzieć, że wiele osób zniechęci jej zbytnia przewidywalność i brak głębi świata przedstawionego, którą wyraźnie porzucono na rzecz rozważań natury filozoficznej. Ma ona jednak kilka zasadniczych cech, przez które warto po nią sięgnąć – należy do nich wrażenie ogólnego niepokoju, umiejętnie budowane przez autora, a także wyjątkowo frapująca wizja teraźniejszości, która dla Bradbury’ego była przecież przyszłością. Czy autor miał rację, a degeneracja społeczeństwa przybierze w końcu aż tak skrajne oblicze? To przyjdzie nam jeszcze – być może – zobaczyć.

1 R. Bradbury, 451 stopni Fahrenheita [Fahrenheit 451], przekł. Wojciech Szypuła, Warszawa: MAG 2018, s. 61.

 

Alicja Podkalicka

Alicja Podkalicka, Kiedy papier umiera, „Creatio Fantastica” 2018, nr 1 (58).

Reklamy