Barbara Szymczak-Maciejczyk – Guilty pleasure

Uprowadzona księżniczkaRecenzja filmu: Uprowadzona księżniczka [Vykradena pryntsesa: Ruslan i Ludmila], reż. Oleg Malmuzh, Ukraina: Ukrainian State Film Agency 2018.

Każdy z nas ma swoje filmowe guilty pleasure. Możemy to negować, możemy się tego wstydzić albo wręcz przeciwnie – z dumą przyznawać, ale lubimy (do pewnego stopnia) sztampowość, przewidywalność i oglądanie po raz setny tych samych, sprawdzonych rozwiązań. Idąc na seans Uprowadzonej księżniczki, starałam się być nastawiona neutralnie. Nawet gdy okazało się, że większość publiczności stanowią małe dziewczynki w przedziale wiekowym od czwartego do szóstego roku życia.

Miłka jest księżniczką, znudzoną monotonną egzystencją w pałacu. Zanim decyduje się z niego uciec, kłóci się z ojcem, pragnącym znaleźć męża dla niepokornej dziewczyny. Jednak gdy rudowłosa przemierza samotnie ulice miasta, zostaje napadnięta przez rozbójników, a na pomoc przychodzi jej Remik – komediant udający rycerza. Chłopak pokazuje Miłce cuda miasta, pływa z nią łódką, razem uczestniczą w rytuałach odprawianych wokół ogniska. I kiedy wydaje się, że młodzi zakochani będą żyć długo i szczęśliwie, dziewczynę porywa zły czarnoksiężnik. Na ratunek księżniczce wyrusza Remik oraz jego przyjaciele, a także dość nieudolni książęta, starający się o rękę pięknej panny…

Brzmi znajomo, prawda? I tak właśnie brzmieć powinno, gdyż Uprowadzona księżniczka to w istocie zbiór znanych wszem i wobec chwytów, humoru słownego, do którego przyzwyczajony jest każdy wielbiciel księżniczek Disneya, a wreszcie historii powtarzanych przez pokolenia (i opisanych m. in. przez Puszkina). Główna bohaterka jest konstruktem złożonym ze znanych postaci, między innymi: Anny (fryzura), Meridy (pragnienie wolności), Jasminy (chęć poznania prawdziwego życia) i Roszpunki (zaradność), a także Fiony (znajomość sztuk walki). Z jednej strony taka kreacja postaci nuży, z drugiej – w przyjemny sposób odwołuje się do wspomnień związanych z księżniczkami. Podobnie jak Miłka, także i Remik jest właściwie kompilacją popularnych postaci – Aladyna (z jego słynnym „ufasz mi?”), Julka/Flynna (rola przewodnika, typ osobowości) i każdego właściwie wybranka królewny, który z miłości do niej jest w stanie przezwyciężyć wszelkie przeszkody, także te magiczne.

Największą słabością animacji nie jest jednak nieco wyświechtana fabuła, lecz zdecydowanie zbyt chaotyczna mimika i gestykulacja bohaterów, przez co widz nie zawsze jest w stanie skoncentrować się na fabule czy humorze, gdyż przygniata go ilość ruchu na ekranie. Szkoda, że Oleg Malmuzh przeoczył ten szczegół, bo jednak stoi to na przeszkodzie bezproblemowego odbioru prezentowanej historiiNie da się również ukryć, iż Uprowadzona księżniczka pełnymi garściami czerpie z bogactwa obrazów, postaci i dialogów znanych wszystkim z animacji Disneya, okraszając je jednak ukraińskim folklorem, co z drugiej strony jest ogromnym atutem produkcji. Niestety nie wykorzystano całego potencjału, jaki miała historia miłości Miłki i Remika (a właściwie Ruslana i Ludmily), będącą luźną adaptacją poematu Aleksandra Puszkina, zatytułowanego właśnie Ruslan i Ludmila.

Podsumowując, dorosły widz nastawiony na nowatorską opowieść o uczuciu od pierwszego wejrzenia ma wszelkie powody do zawodu. Jeśli jednak obudzi w sobie wewnętrzne dziecko i będzie chciał po prostu przez chwilę dobrze się bawić, z pewnością znajdzie tu elementy, które mu się spodobają (obecne na sali mamy chichotały po walce Miłki ze słodyczami, skwitowanej zdaniem: „tak to sobie księżniczki radzą z niechcianymi kaloriami”). Z doświadczenia dodam jeszcze tylko, że czteroletnie dziewczynki będą się świetnie czuć podczas seansu Uprowadzonej księżniczki, śmiejąc się do rozpuku i bojąc się, gdy na wielkim ekranie pojawi się zły czarnoksiężnik.

Barbara Szymczak-Maciejczyk

Barbara Szymczak-Maciejczyk, Guilty pleasure, „Creatio Fantastica” 2018, nr 1 (58).

Reklamy