Krzysztof M. Maj — Głodne kawałki

zabojcze-maszyny_2Recenzja książki: Philip Reeve, Zabójcze maszyny [Mortal Engines], przekł. Jan Hensel, Warszawa: Amber 2018, ISBN: 978-83-241-6720-3, ss. 352.

Powieść Mortal Engines Philipa Reeve’a, wznawiana na naszym rynku przez Wydawnictwo Amber, osadzona jest w tym rejonie fantastycznego multiwersum, który niebezpiecznie blisko graniczy z Republiką Przeskakiwanego Rekina (jumping the shark) oraz tymi futurystycznymi wersjami naszej rzeczywistości, w których wodowanie Jehowy nie należy do najbardziej zdumiewających pomysłów[1]. W świecie tym otóż zrealizowana została Lemowska wizja nacjomobilizmu[2], z tą różnicą, że nomadyczne społeczności przemierzają go nie w kurdlach, a w spotworniałych miastach, pochłaniających się nawzajem z zachłannością pewnego sympatycznego homunkulusa z Fullmetal Alchemist. Jeżeli więc wizja Londynu, gnającego z rykiem gigantycznych silników przez pustynię realności w jakiejś cudacznej parodii Mad Maxa, nie nadweręża zbytnio Waszej zdolności zawieszenia niewiary – warto dać tej wybuchowej mieszance dieselpunku i postapo szansę.

Jest rok nie-wiada-który, a na Ziemi, jakżeby inaczej, panuje chaos i entropia. Trwonienie zasobów naturalnych doprowadziło do globalnej katastrofy, a niedostatki surowców – do sformułowania fikcji wyjaśniającej w postaci determinizmu ewolucyjnego, każącego dostrzegać w destrukcji pomniejszych (i wolniejszych) ośrodków miejskich przez urbanistyczne aberracje naturalny porządek rzeczy i przejaw dziejowej sprawiedliwości. Ponieważ jest to zaś fantastyka, miasta są niby monstra, i tak samo też przerażające a żarłoczne. W takich to realiach wzrasta nasz protagonista, zgodnie z panującą modą stosownie młodzieżowy, którego jedynym pragnieniem jest społeczny awans w gildii historyków. Nic więc dziwnego, że gdy wplątuje się on w intrygę zmuszającą go do opuszczenia Londynu i spojrzenia na świat z perspektywy tajemniczej zabójczyni, dybiącej na życie dotychczasowego półboga na jego politycznym firmamencie, doznaje on załamania psychicznego, z którego boleśnie nużącymi przejawami przychodzi odtąd nieszczęsnemu czytelnikowi obcować.

Świat wykreowany przez Reeve’a jest odważnie awangardowy, łamie wszelkie konwenanse estetyczne i część konwencji narracyjnych. Widać, że autor znakomicie bawi się absurdalną wizją zmotoryzowanych miast i dobrze gra geopolitycznymi stereotypami w kreacji Jedynego Miejsca na Ziemi, Które Nie Poddało Się Opresywnemu Terrorowi i Zamknęło Za Wielkim Murem (już wiecie, w którym miejscu świata rzeczone miejsce jest zlokalizowane, prawda?), Pozwalając Sobie Wszelako Na Uśpienie Czujności, Co Skończy Się Dlań Niedobrze. Czy jest to sztampowe? Ależ oczywiście i w tym tkwić może cały urok powieści. Rzeczywistość postrzegana z perspektywy młodocianego protagonisty przedstawiałaby się jeszcze bardziej niewiarygodnie, gdyby rozgrywającą się w jej realiach historię opowiadać w równie awangardowy sposób. Tak jak w wypadku utopii czy dystopii, centrum zainteresowania powinien stanowić tu świat – i dlatego musimy być przygotowani na to, że fabuła miotać będzie naszymi protagonistami po wszystkich jego krańcach, żeby zrealizować pretekst pokazania nam każdego zakamarka skrupulatnie wykreowanej postapokaliptycznej rzeczywistości. Dlatego też na miejscu czytelników poszukujących w literaturze bardziej zaangażowanego komentarza do rzeczywistości, zainteresowałbym się tym, jak Reeve wygrywa tematy związane z walką klas, kapitalistycznym wyzyskiem robotników oraz rewolucją społeczną, gdyż wychodzi mu to w miarę nienachalnie, a przy tym całkowicie w kontekście przedstawionych realiów przekonująco.

Jeśli więc kogoś razi prosty rysunek charakterologiczny wiodących postaci lub nieskomplikowana, linearna fabuła – znak to, że, po pierwsze, czyta niewiele fantastyki młodzieżowej, a po drugie, nie powinien się zabierać za powieść w tym nurcie raczej awangardową. Dla wszystkich innych, których nie odstręczają narracje w stylu Ricka Riordana, Veroniki Roth czy Lva Grossmana, nie tylko Mortal Engines, ale i wszystkie pozostałe części cyklu Reeve’a powinny przynieść parę godzin niezobowiązującej rozrywki. Zwłaszcza jeśli ktoś chce przed wejściem zbliżającej się wielkimi krokami ekranizacji do kin popuścić wodze własnej wyobraźni i spróbować zwizualizować sobie ten niezwykły świat na własną rękę. Dla efektu łączącego Mad Maxa ze szczyptą Children of the Wales i Wizji lokalnej Lema – zdecydowanie warto.

Krzysztof M. Maj

[1] Nawiązanie do powieści Jamesa Morrowa Towing Jehovah z 1994 roku (przyp. red.)

[2] Przedstawiona w Wizji lokalnej tegoż.

Cytowanie: Krzysztof M. Maj, Głodne kawałki, „Creatio Fantastica” 2018, nr 2 (58).

Reklamy