Patronat CF: Magdalena Łachacz – Osobne zjawisko

wyzwanie_z_innego_swiata-frontRecenzja książki: H. P. Lovecraft i inni, Wyzwanie z innego świata, przekł. Radosław Jarosiński, Mateusz Kopacz, Kraków: Wydawnictwo IX 2018, ISBN: 978-83-950610-0-4, ss. 197.

Wciąż można w Polsce spotkać się ze zjawiskiem, gdzie z pozoru znany pisarz okazuje się nie w pełni rozpoznanym. Z reguły ów stan rzeczy najbardziej rzuca się w oczy, gdy na rynku wydawniczym ukazuje się, niczym przeklęte Deus ex machina, jakieś „wcześniej niewydane” dzieło autora, burząc jego przyjęty (często wyłącznie przez aklamację krytyków) obraz. Wraz z wydaniem Wyzwania z innego świata okazuje się, że jest to również przypadek H.P. Lovecrafta. Na przestrzeni ostatnich kilkudziesięciu lat jego teksty przeszły bowiem do tego rozdziału historii literatury, gdzie z jednej strony z uznaniem pisze się o plugawych potworach i omszałych gzymsach, z drugiej zaś poddaje krytyce polityczny, a także kulturowy wydźwięk tego, jak konstruowany jest lęk przed innym lub obcym. Wejście do kanonów, jakiekolwiek by one nie były i przez kogo by one nie były ustalane, wiąże się jednak z pokryciem dzieł zebranych twórcy lepką warstwą nobliwego spiżu. Co więc robić, kiedy chce się jednocześnie odbrązowić pisarza i przypomnieć o jego żywotności, a przy tym udowodnić, że w jego przypadku „sowy nie są tym, czym się wydają”? W kwestii Lovecrafta, dzięki Wyzwaniu…, odpowiedź na to pytanie jest już znana: trzeba wydać jego opowiadania niesamowite oraz utwory humorystyczne, które napisał we współpracy z innymi pisarzami.

Zapaleni fani mistrza z Providence mogą z początku mieć kłopot z odnalezieniem w tekstach zamieszczonych w Wyzwaniu… tego, z czego Lovecraft jest szeroko znany, a więc kosmicznej grozy. Ślady bezimiennego bluźnierstwa są tutaj subtelniejsze i potrzeba wprawnego oka, by odnaleźć w tych opowiadaniach to, co „nawet najpraktyczniejszy naukowiec potwierdzi za Freudem, Jungiem i Adlerem”[1] – że Lovecraft et consortes mają czytelnikom do zaoferowania o wiele więcej niż strach i odrazę. Tym czymś jest świdrujący niepokój, kiedy obserwuje się, jak znane z jego twórczości motywy rozpływają się w składni, która wydaje się znajoma, a zarazem obca, bo poddana cudzym wpływom. Dzięki temu można jednak z innej, mniej dogmatycznej perspektywy spojrzeć na ksenofobię pisarza i związany z nią przerażający bestiariusz. Przedwieczni wyłaniają się w swej plugawej istocie spośród splątanych gałęzi drzew, samotnie rosnących na odosobnionych wzgórzach, z wodnych odmętów, skąd wypełzają na plaże podrzędnych wakacyjnych miejscowości albo przelatują nad malowniczymi okolicami hiszpańskich miasteczek z czasów rzymskiej Republiki.

Innymi słowy mówiąc: podbijają tereny nieco odmienne od Innsmouth czy przydomowych pól uprawnych. Właśnie ta odmienność – lekkie przesunięcie – przemawia na korzyść tych opowiadań. Zachęcają one do gry w skojarzenia – gry ożywczej z tej racji, że metaforyczna plansza, po której poruszają się narracyjne pionki, delikatnie wykracza w swej obrazowości poza przyjęte w twórczości Lovecrafta imaginarium, pokazując dobitnie, z czego zostało utkane. A mianowicie: z fascynacji antyczną kulturą, fobii, których imię jest legion, oraz z przekonania, iż „nowoczesna nauka przesuwa granice nieznanego i udowadnia, że mistycy nie byli znowu tak daleko od prawdy”[2]. Szukanie prawdy ramię w ramię z Lovecraftem? Czy może być coś bardziej przerażającego?

Po drodze można przy okazji trafić na wiele perełek. Z pewnością ich blask zawdzięczać należy tłumaczeniu, które sprawia, że język opowiadań, mimo że skrojony na miarę Lovecraftowskiego idiomu z wszystkimi jego manieryzmami, zachowuje świeżość oraz energię, jakiej być może czytelnicy nie spodziewaliby się po tego rodzaju kolektywnych ramotkach. Jedną z takich perełek jest opowiadanie Pułapka, napisane wraz z Henrym S. Whiteheadem, gdzie sprawnie wykorzystany – utarty, zdawałoby się – motyw zniknięcia dziecka na terenie szkoły z internatem staje się okazją do snucia gnostycznych dygresji na temat sposobów oszukania przerażającej pracy śmierci. Opowiadanie wzbogacone o symbolikę gamy kolorystycznej, która jest odwrócona, niczym na negatywie zdjęcia, w stosunku do kolorystyki „ziemskiej”, pozwala zaś włączyć ten tekst do długiej tradycji posługiwania się kolorami niebieskim i szarym jako znakami czyjejś nieodwołalnej nieobecności.

O nieobecności odciskającej swój przerażający, materialny ślad na Ziemi traktują pozostałe opowiadania, gdzie to, co potworne, kładzie się cieniem na rzeczywistości. Pochwyceniu tychże śladów niejednokrotnie służy technologia, o której ambiwalentnej roli w szybko rozwijającym się świecie zdaje się opowiadać napisane z Duanem W. Rimelem Drzewo na wzgórzu lub koszmarne artefakty, jak w przypadku tytułowego opowiadania. Tym jednak co najskuteczniej – i najstraszniej – przekazuje potworność są zmysły bohaterów, o czym świadczy opowiadanie Nocny ocean (napisane z Robertem H. Barlowem). Jego akcja rozgrywa się w niewielkiej miejscowości wypoczynkowej położonej nad oceanem, który na oczach narratora-protagonisty staje się rezerwuarem obcości, „jak gdyby coś zbyt ogromnego, aby posiąść kształt, czaiło się we wszechświecie, do którego jest drzwiami”[3]. Kiedy zaś z wody wyłania się humanoidalny kształt, czytelnicy mają okazję uczestniczyć nie tylko w misterium grozy, ale przede wszystkim ujrzeć niemalże w pełni rozwinięty Lovecraftowski lęk przed utratą tożsamości w kontakcie z tym, co płynne, a więc tym, czego nie sposób skategoryzować za pomocą dostępnego narratorowi słownika zmysłowego poznania.

Nie oznacza to bynajmniej, iż zawarte w tomie opowiadania stanowią zapis poznawczej niemoty. Wręcz przeciwnie – przyjemnością jest obcowanie z erudycyjną nadprodukcją nawiązań do historii, które pokazują, do jakiego stopnia Lovecraft wykorzystywał ją przy konstruowaniu swojej mitologii. Skalę twórczego zainteresowania przeszłością pokazuje najdobitniej opowiadanie Pradawny lud, będące historią rzymskiego kwestora, który wraz z legionistami podejmuje się próby zniesienia tajemniczego rytuału napawającego strachem mieszkańców niewielkiego, hiszpańskiego miasteczka Pompelo. Równie dobrze w świetle gier z historią wypada tekst Reminiscencya Doktora Samuela Johnsona, ponieważ zgrabnie imituje styl osiemnastowiecznej anegdoty biograficznej snutej przed podstarzałego lwa salonowego.

Wspomniane opowiadanie stanowi część korpusu utworów humorystycznych. Choć na próżno doszukiwać się w nich można epatowania kosmiczną grozą, nie sposób nie zauważyć w tych pozornie zabawnych drobnostkach zarzewia tego, co potworne w Lovecraftowskiej twórczości. Elementami wywołującymi grozę jest w nich przede wszystkim sposób, w jaki pisarz patrzy na zapadłe wioski oraz zatęchłe lokale, gdzie szkodliwe miazmaty zatruwają ludzkie umysły, pozwalając jednocześnie, by zachowania bohaterów wypaczyła purytańska, podwójna moralność. Tak więc Słodka Ermengarde, albo Serce wiejskiej dziewczyny stanowi cyniczną wykładnię małżeństwa, w ramach której kobieta jawi się jako przewrotne i pozbawione skrupułów stworzenie, nagminnie uciekające się do kłamstwa oraz podstępu. Opowiadanie to należy jednak docenić choćby ze względu na to, że jest jednym z nielicznych, w jakich kobieca bohaterka pojawia się w aktywnej roli – w zawartych w tomie tekstach kobiece postaci najczęściej pozostają nieobecne lub sprowadzane są do roli trofeum zaspokajającego męskie żądze seksualne, jak dzieje się w opowiadaniach Skarby czarnoksięskiej bestii czy Popioły. Nie oznacza to jednak, by utwory humorystyczne Lovecrafta były takimi wyłącznie z nazwy – opowiadanie Stary Bugs ujmuje czytelnika swym dydaktycznym tonem, przestrzegając przed zgubnymi skutkami nadużywania alkoholu, podczas gdy Ibid jest przewrotnym rysem biograficznym najczęściej cytowanego naukowca wszechczasów.

W efekcie Wyzwanie… układa się w różnorodny zbiór tekstów, których zróżnicowanie pozwala zmierzyć bogactwo inspiracji oraz środków artystycznego wyrazu, jakie wykorzystuje Lovecraft. Jego opowiadania w równym stopniu zaludniają mające w sobie coś przerażająco ludzkiego potwory oraz spotworniali ludzie. Choć w tomie nie brak opowiadań klasycznie i po Lovecraftowsku strasznych, jakim jest chociażby Ekshumacja, Wyzwanie… okazuje się przede wszystkim skarbnicą mniej skondensowanych wrażeń, co wcale nie umniejsza wartości tego zbioru. Wręcz przeciwnie – pozwala to spojrzeć na twórczość mistrza z Providence w taki sposób, by dojrzeć w niej nie tylko trącące myszką gatunkowe uciechy, ale również istotny zapis pewnego stanu ducha, znamiennego dla początku dwudziestego wieku i związanych z nim niepokojów, które skupiają, jak w soczewce, problem relacji z innym oraz obcym. Lektura Wyzwania… nie pozwala uważnemu czytelnikowi o tym zapomnieć, jednak główną zaletą tego tomu jest to, że wpuszcza nową dawkę morowego powietrza do pracowni mistrza opowiadań grozy. Przypomina tym samym, iż Lovecraft przerasta wszelkie estetyczne czy interpretacyjne oczekiwania, stając się zjawiskiem osobnym, a przez to – być może – jeszcze bardziej strasznym i fascynującym.

[1] Tamże, s. 27.

[2] Tamże, s. 55.

[3] Tamże, s. 109.

Magdalena Łachacz

Reklamy