Krzysztof M. Maj — Wiatr od morza

kazde_martwe_marzenie_robert_m_wagnerRecenzja książki: Robert M. Wegner, Każde martwe marzenie. Opowieści z meekhańskiego pogranicza, Warszawa: Powergraph 2018, ISBN: 78836438486-8, ss. 744.

Każde martwe marzenie Roberta M. Wegnera utwierdza mnie w silnym przeświadczeniu, że Opowieści z meekhańskiego pogranicza to jedyna polska saga fantasy na tyle oryginalna pod względem koncepcyjnym i artystycznym, by iść ramię w ramię z prozą – a miejscami zostawiać ją daleko w tyle – Briana McClellana, Django Wexlera czy Petera V. Bretta. Jednak jej największym atutem jest możliwość krytycznego rozliczenia się z głównymi grzechami sapkowszczyzny, a więc fantastyki rubasznej i śmiejącej się tubalnie ze swego dziedzictwa, która w Polsce (a dzięki grom także i na świecie) osobliwie stała się wzorcem z Sèvres słowiańskiej fantasy. Wegner od samego początku Meekhanu pokazuje, że można inaczej – i to niekoniecznie od razu oznacza, że mamy zapominać o naszych Szarych Górach, w których może stacjonować Górska Straż. I nikt jej nie broni wcinać pierogów, gdy głód zmorzy a wrogowie zaczną czyhać ze wszystkich stron: od zaświatowego Mroku aż po Wielkie Stepy.

Przed Wegnerem stanęło trudne zadanie: narracyjna logika, którą rządzą się wszystkie duże cykle, nakazywałaby zrównoważenie obydwu biegunów fabularnych, rozpiętych od burzliwego Nieba ze stali, koncentrującego się wokół wielkiego konfliktu Se-kohlandczyków z wozakami Verdanno, aż po wprowadzającą wątki mityczno-magiczne Pamięć wszystkich słów. I od razu należy rzec, że Każde martwe marzenie rozwiązuje ten dylemat po mistrzowsku. Wątki polityczne oddelegowane zostają na sam dwór cesarski w starym Meekhanie, na którym dochodzi do znakomicie rozpisanej konfrontacji wierchuszki wywiadu wewnętrznego (Szczurów) i zewnętrznego (Ogarów). Z kolei kontynuacje historii Deany d’Kllean w Białym Konoweryn na dalekim południu oraz rosnącego w siłę awenderi Reagwyra, Altsina, fantastycznie splatają się, odpowiednio, z łukiem fabularnym Genno Laskolnyka oraz Kennetha-lyw-Darawyta z chwackich „Czerwonych Szóstek”. I jakkolwiek w poprzednich tomach to wątki Kennetha lśniły najjaśniej, skrząc się humorem i emanując pomysłowością, w Każdym martwym marzeniu zyskują godną konkurencję, dzięki czemu narracja płynie potoczyście jak nigdy dotąd. Ogromnym zaskoczeniem jest niewątpliwie pociągnięty w Mroku wątek Key’li Kalevenh, odkrywającej tajemnicze plemię czterorękich vaihirów, strzegących sekretów, które okazują się kluczowe dla odkrycia tajemnicy Uroczysk. W powieści dominuje jednak najbardziej, jak to u Wegnera, wątek polityczny: oto bowiem i Laskolnykowi, i Deanie przychodzi zmierzyć się na południu z gigantyczną rebelią meekhańskich niewolników oraz etycznymi konsekwencjami setek lat wyzyskiwania ich pracy ku czci boga ognia, Agara Czerwonego. Fabularny rozmach tej części cyklu zdecydowanie więc onieśmiela i każe jeszcze bardziej docenić pomysł wprowadzenia rozmów z cesarzem w formie chłodnego kontrapunktu dla wciąż radośnie awanturniczej opowieści.

Już Niebo ze stali oraz Pamięć wszystkich słów zasadnie chwalono za umiejętne łączenie sprawnego prowadzenia fabuły z kunsztem światotwórczym – i Każde martwe marzenie nie jest tu wyjątkiem. Dowiadujemy się o wiele więcej na temat okresu Wojen Bogów, natury Uroczysk i samej magii, zarówno tej aspektowanej w Kodeksie, jak i szamańskiej, opartej więc na chwytaniu duchów i ujarzmianiu ich mocy, a także coś niecoś na temat kultur Południa i Północy. Największe zaskoczenie wiąże się jednak z ujawnieniem informacji na temat pochodzenia i natury samego świata Meekhanu – i to w okolicznościach, jakich chyba nikt się nie spodziewał. Opanowanie w dozowaniu kolejnych szczegółów na temat fantastycznej rzeczywistości i maestria, z jaką są one whaftowywane w osnowę fabularną, budzi mój najwyższy podziw i każe uplasować Wegnera w absolutnej czołówce mistrzów światotworzenia. Jedyny dyskomfort odbiorczy być może wiązałby się z brakiem jakiejś rozbudowanej encyklopedii świata, która na tym etapie rozwoju cyklu staje się już pilnie potrzebna – gdyby wydanie nie było wzbogacone o obszerny inwentarz postaci i ważniejszych lokacji, orientacja w rozrastającym się uniwersum Meekhanu byłaby niezmiernie utrudniona.

Na sam koniec należy wspomnieć o staranności edytorskiej, z której Powergraph jest już szeroko znany, a która przy tak ogromnym projekcie prozatorskim budzi tym wyższy podziw. W udostępnionej na poczet niniejszej recenzji wersji czytnikowej książki nie odnalazłem żadnych błędów, literówek czy jakichkolwiek potknięć, co stanowi ewenement na rynku polskiej beletrystyki. Wszystko to razem z talentem prozatorskim Roberta Wegnera sprawia, że Opowieści z meekhańskiego pogranicza – na czele z Każdym martwym marzeniem – są pozycją absolutnie obowiązkową i dla czytelników fantastyki (w tym także tych ambitniejszych), i dla literaturoznawców (którzy, czas najwyższy, by zorientowali się, że w Polsce pisze nie tylko Twardoch i Tokarczuk), i wreszcie dla samych pisarzy, by ci nauczyli się, że umiejętności zajmującego prowadzenia fabuły nie należy przehandlowywać w jakimś diabelskim pakcie na talent światotwórczy, bo i jedno, i drugie jest potrzebne do stworzenia wzorcowej powieści fantasy. Meekhan Wegnera jest dla polskiej literatury fantastycznej tym, czym dla zachodniej stało się Archiwum Burzowego Światła Brandona Sandersona – dowodem na możliwość zerwania z obowiązującym paradygmatem i nadzieją na dalszy spektakularny rozwój gatunku.

Oby do następnego tomu!

Krzysztof M. Maj

Cytowanie: Krzysztof M. Maj, Wiatr od morza, „Creatio Fantastica” 2018, nr 2 (59).

Reklamy