Patronat CF: Krzysztof M. Maj – I don’t want no teenage queen, I just want my M14

w-ogniu-walki-marko-koosRecenzja książki: Marko Kloos, W ogniu walki, Lublin: Fabryka Słów 2018, ISBN: 978-83-7964-378-3, ss. 400.

W ogniu walki Marko Kloosa, piąty już tom świetnej serii „Frontlines”, zdecydowanie góruje nad poprzednim, nieco gorzej rozpisanym pod względem fabularnej atrakcyjności i praktycznie usuwającym z horyzontu centralny dotąd konflikt zjednoczonych Ziemian z obcymi Dryblasami. Kloos, jakby przeczuwając w czym rzecz, już od drugiego rozdziału wrzuca czytelników w wir akcji i nie daje odetchnąć w spokoju aż do ostatniego.

Powieść wszelako, o czym należy uprzedzić, zaczyna się od rozczarowującego déjà lu [1] – znów trafiamy na Grenlandię, gdzie okazuje się, że załoga zestrzelonego już i przeszukanego wcześniej statku nasiennego jednak przetrwała, wkopując się głęboko pod lód Antarktyki. Udekorowany kapitan Andrew Greyson udaje się wraz z plutonem elitarnej piechoty, by znaleźć ostateczne rozwiązanie tej problematycznej kwestii i odkrywa… no właśnie, niestety nie do końca wiadomo co, gdyż Kloos ewidentnie nie chce oswajać nas z ksenobiologią obcych, ani też sugerować, że wojskowym może się udać samodzielnie rozwikłać tę tajemnicę. I znów wypada to wiarygodnie, choć pozostawia z pewnym niedosytem, każącym zastanawiać się, jak długo jeszcze nie będzie nic wiadomo o wrogich Dryblasach i ich motywacjach. Od tego momentu szczęśliwie akcja prowadzi nas już prosto ku frontalnej inwazji na Marsa, która od początku rozpisana jest jako spektakularny sukces ziemskiej koalicji, lecz mimo to trzyma w napięciu do ostatnich stron, kiedy to czytelnicze oczekiwania zostają ponownie wystawione na próbę.

Narracja Kloosa lśni tu, gdzie zawsze: w soczystych opisach starć augmentowanych wojaków i ich śmiercionośnych machin wojennych z absurdalnie obcymi kolosami, plączącymi się wśród atakujących ich wściekle Ziemian jak olbrzymy w krainie Brobdingnag u Swifta. W ogniu walk, jak bodaj żadna poprzednia część serii, każe zastanowić się nad tym, co tak częste w dobrej military science fiction – a więc czy intencje obcych faktycznie są wrogie, czy też, co przeczuwają sami bohaterowie, traktują oni lilipucich ludzi jak ci ostatni owady, które trzeba wytępić, zanim rozmnożą się i zagrożą cywilizowanym habitatom. Dobrze rozpisana jest także relacja Andrew i Halley, zwłaszcza w partiach początkowych, gdy po raz kolejny przychodzi im się rozliczyć z ziemskimi problemami – co staje się też asumptem do pokazania życia wyższych sfer futurystycznej socjety, kompletnie ślepej na bolączki reszty cywilizacji, znakomicie znane czytelnikom począwszy od osadzonego w slumsach Poboru. Potem – tradycyjnie już – ich ścieżki rozchodzą się, podążając za rozbieżnymi rozkazami admiralicji, a brak Halley osładza w jakimś stopniu powrót kilku starych znajomych.

W ogniu walki kończy się tym razem szczęśliwie nie tyle męczącym cliffhangerem, ile specyficzną roszadą, przywracającą wojnę z Dryblasami niejako do postaci początkowej, a w każdym razie sugerującą konieczność rozegrania kolejnej, być może już rozstrzygającej partii. Czyli Points of Impact – na które, znając dynamikę i punktualność wydawniczą Fabryki Słów, nie będzie nam dane długo czekać.

[1] Déjà lu — fr. już przeczytane (przyp. red.)

Krzysztof M. Maj

 

Krzysztof M. Maj, I don’t want no teenage queen, I just want my M14, „Creatio Fantastica” 2018, nr 2 (59).

Reklamy