Patronat CF: Krzysztof M. Maj – Siedząc na beczce prochu

Grzechy ImperiumRecenzja książki: Brian McClellan, Grzechy imperium [Sins of Empire], Lublin: Fabryka Słów 2018, ISBN: 978-83-7964-341-7, ss. 768.

Muszę powiedzieć, że nie bez niepokoju sięgałem po sequel fenomenalnej „Trylogii Magów Prochowych”, nie wierząc w to, że zrekompensuje ona brak marszałka polnego Tamasa czy inspektora Adamata, wiodących, odpowiednio, wojenny i szpiegowski wątek tej świetnie rozpisanej na role historii. Wszelkie wątpliwości jednak zostały bardzo szybko wynagrodzone: McClellan znakomicie rozeznaje się w tym, co stanowi o jego niewątpliwym talencie narracyjnym, i dba o to, by w Grzechach imperium pojawiły się zarówno znane już postaci, jak i zadebiutowały na pierwszym planie te mniej wyeksponowane w poprzedniej trylogii. I tak rolę Tamasa przejmują wespół ekspułkownik Szalonych Lansjerów, Benjamin Styke, oraz była generał armii ardańskiej, Vlora Krzemień – a wątkiem detektywistyczno-szpiegowskim opiekuje się Michel Bravis, Srebrna Róża w szeregach tajnej policji Fatrasty. Bo też akcja powieści przenosi nas wreszcie w pełni za ocean – a konkretnie do kraju, w którym Taniel Dwa Strzały poznał się z Ka-poel i wsławił się po raz pierwszy jako potężny mag prochowy.

Tuż po sardonicznej dedykacji dotyczącej fatalnych ekspozycji w literaturze fantasy, McClellan wyraźnie stara się, by jego taka nie była – i należy podkreślić, że z zadania wywiązuje się raczej zwycięsko. Zagadka obelisku, wykopywanego na stanowisku archeologicznym profesora Cressela, zszywa się z gracją z pozostałymi wątkami całej historii, by na sam koniec zostać jedynie częściowo rozwiązana – a już na początku zachęcić do lektury lepiej nawet, niźli widowiskowy coup d’état z początkowych partii Obietnicy krwi. Wątek Stykesa zaczyna się równie intrygująco, bowiem w obozie pracy, w którym złamany i pozbawiony nadziei weteran oczekuje na zwolnienie warunkowe, zaś Vlora ma szansę zaprezentować się w nowej roli dowódcy elitarnej formacji najemnej Strzelców Wyborowych, walczącej z tajemniczymi ludźmi-smokami. Po samej stolicy Fatrasty, Landfall, oprowadza zaś nas cichy i schizofreniczny szpieg Michel, pozornie niemyślący o niczym innym niż tylko o awansie w szeregach Czarnych Kapeluszy, będących złowrogim przedłużeniem żelaznej woli lady kanclerz. Wszystko to zaś zbiega się z targającymi pogranicze buntami rdzennego ludu Palo, kryjących niejasne powiązania z budzącym się z ponadstuletniego letargu Imperium Dynizyjskim, izolowanym dotąd na arenie geopolitycznej. A skoro jesteśmy tu wyraźnie w przededniu wojny, musimy mieć i ekwiwalent kotła bałkańskiego, w którego roli występuje Ognista Jama – dzielnica wypełniająca lej po dawnym kamieniołomie i kryjąca w sobie znacznie więcej, niż mogą to sugerować czepiające się jej ściany slumsy.

Stylowi McClellana niezmiennie nie mam nic do zarzucenia. Uważam, że fenomenalnie panuje on nad najbardziej nawet rozłożystymi wątkami i choć splatają się one finalnie w nader oczywisty sposób, to i tak po drodze prowadzą w niejedną ślepą uliczkę i zaskakują finezyjnymi zwrotami akcji. Co istotne jednak, talent narracyjny nie zostaje tu zutylizowany wyłącznie do przygodowego pustosłowia, bowiem McClellan przygląda się przy okazji całej mnogości problemów społecznych i politycznych, tu ewidentnie koncentrujących się na postkolonialnym wykluczaniu rdzennych społeczności, dyskryminowanych jawnie a pogardzanych skrycie jako te mniej ucywilizowane, a w istocie rzeczy po prostu niezapoznanych i ignorowanych przez lata. W powieści mamy okazję przyglądać się całemu złożonemu instrumentarium rozmaitych środków propagandowych, wykorzystywanych do wiktymizacji marginalizowanych grup społecznych i etnicznych, i mam szczerą nadzieję, że szczegół ten nie umknie czytelnikom połykających jednym haustem wartką akcję powieści. Jest w niej bowiem kilka takich momentów, które można wykorzystać na refleksję, tym pilniejszą, że fantasy to przecież osadzona w (allo)historycznie nieodległych nam realiach, niż dowolna pseudośredniowieczna allotopia.

Słowa pochwały należą się też za soczysty i żywy przekład Krzysztofa Sokołowskiego, przynoszący wydaniu polskiemu zdecydowaną poprawę w zestawieniu z pierwszą trylogią, ale i zachowujący (na szczęście!) wprowadzone w niej konwencje nazewnicze. Poza drobnymi omyłkami, których można było uniknąć w redakcji (np. nazwaniem Michela Michałem, co nie rzucałoby się może w oczy tak, gdyby wcześniej nie tłumaczył on jednemu z bohaterów, jak należy jego imię poprawnie wymawiać) czy też użyciem karkołomnej (i supłającej język) formy „urękawiczniony” (w miejsce normatywnej „urękawiczonej”), tekst jest niemal bezbłędny i nie wyrywa z błogostanu intensywnej, imersywnej lektury. Trochę słabiej wypadają już grafika okładkowa Mariusza Kozika, wyraźnie ustępująca nie tylko tym zdobiącym tomy „Trylogii Magów Prochowych”, ale także i jego własnej, świetnie wpisującej się w konwencję na okładce zbioru opowiadań Sługa korony. Nie zachwycają tu również mapy, mało szczegółowe, operujące kiczowatym liternictwem i wypadające ogólnie rzecz biorąc blado w zestawieniu z wykorzystywanymi wcześniej pracami ksenokartografa Isaaca Stewarta (znanego chociażby z map uniwersum Cosmere Brandona Sandersona), zachowującymi estetyczną zgodność z pseudoosiemnastowiecznymi realiami epoki.

Grzechy imperium Briana McClellana polecam z całą odpowiedzialnością i bezwzględnie: jest to świetnie napisana powieść, skrojona nie tylko pod łapczywe gusta czytelników prozy gatunkowej, ale i wszelkich miłośników powieści historycznych, przygodowych, pikarejskich czy detektywistycznych. W jakiś sposób McClellanowi udaje się mieszać te konwencje tak samo widowiskowo, jak i polityczne siły, zmagające się w kolejnym konflikcie zrodzonym z krwi, prochu i magii. Miło jest ponownie odwiedzać fantastyczny świat, do którego i autorowi udaje się w takim stylu powrócić.

Krzysztof M. Maj

 

Krzysztof M. Maj, Siedząc na beczce prochu, „Creatio Fantastica” 2018, nr 2 (59).

Reklamy