Krzysztof M. Maj – Magiczne tango w Paryżu

Zbrodnie GrindelwaldaRecenzja filmu: Fantastyczne zwierzęta. Zbrodnie Grindelwalda, reż. David Yates, USA 2018 (wersja IMAX).

Druga część ekranizacji metafikcji osadzonej w świecie siedmioksięgu Harry’ego Pottera – przy takiej peryfrazie przydługi tytuł Fantastyczne zwierzęta: Zbrodnie Grindelwalda brzmi dziecinnie wręcz prosto. A przecież tak się rzeczy mają: Fantastyczne zwierzęta oryginalnie jest sfingowanym podręcznikiem do nauki magizoologii autorstwa Newta Scamandra, pod którego w rzeczywistości podszyła się Joanne K. Rowling. Jest więc to fikcja osadzona w fikcyjnym świecie, czyli metafikcja. Trudno zatem dokonać jej adaptacji – a przecież krążą pogłoski o tym, że i na trzech częściach cyklu może się nie skończyć. Oznacza to dwie rzeczy. Po pierwsze, Zbrodni Grindelwalda nie należy oceniać ani jako typowej samodzielnej produkcji filmowej, ani tym bardziej jako adaptacji, albowiem ani jednym, ani drugim nie jest. Jest to raczej pewnego rodzaju rozszerzenie światotwórcze uniwersum czarodziejskiego (The Wizarding World), pokrewnego w swej konstrukcji względem Marvel Cinematic Universe, DC Universe czy falstartowanego Dark Universe. I prawdopodobnie z tego też względu film ten staje się pretekstem, by ukazać nam kolejny niezeksplorowany dotąd rejon alternatywnego świata: a mianowicie Paryż.

Zbrodnie Grindelwalda podejmują całkiem przewidywalnie akcję tuż po wydarzeniach wieńczących Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć – a zatem incydencie nowojorskim zakończonym pojmaniem i internowaniem czarnoksiężnika Gellerta Grindelwalda, ściganego w Europie pod zarzutem masowych morderstw z nadużyciem magicznej mocy. Zarówno zwiastun, jak i tytuł filmu w oczywisty sposób sugerują, że odsiadka Grindelwalda skończy się tyleż szybko, co gwałtownie – i w istocie rzeczy ma to miejsce już w pierwszych minutach Zbrodni. Po brawurowej ucieczce czarnoksiężnika brytyjskiemu Ministerstwu Magii pozostaje już tylko wezwać Newta Scamandra, jako ostatniego maga, któremu udało się zaskoczyć Grindelwalda.  W ten oto sposób neurotyczny i chorobliwie nieśmiały magizoolog znów zostaje zmuszony do tego, od czego nieustannie stara się odżegnywać: a mianowicie opowiedzenia się po jednej ze stron konfliktu. Nie pomaga mu w tym brat w biurze aurorów, Theseus, a także jego narzeczona a równocześnie dawna miłość Newta, Leta Lestrange. Sprawę komplikuje, we właściwym sobie enigmatycznym stylu, Albus Dumbledore, który wydaje się znów żądać niemożliwego od pozornie najmniej na to przygotowanych osób, a także Qeenie, której wprawdzie udaje się związać z Jacobem Kowalskim, jednak nie bez kłopotów wywoływanych przez uprzedzenia amerykańskiej społeczności czarodziejskiej wobec mugolsko-magicznych małżeństw mieszanych. Do gry wraca też niespodzianie (na tyle, na ile to możliwe wobec powszechnie dostępnej wiedzy o zatrudnieniu Ezry Millera do Zbrodni Grindelwalda) Credence, ukrywający się w cyrku wraz ze starą znajomą z cyklu potterowskiego, Nagini, obecnie jeszcze w ludzkiej formie sprzed dopełnienia się klątwy maledictusa. W tym pozornym chaosie na plan pierwszy wybija się jednak cały czas wątek rosnących nastrojów autorytarnych, podsycanych przez Grindelwalda i jego zwolenników, kierujących się – padającą skądinąd wreszcie w ważnym momencie filmu – dewizą For the greater good. Niezwykłe wrażenie robią sceny zwoływania jego zwolenników i samej przemowy czarnoksiężnika w finale, w której grający go Johnny Depp udowadnia, że może, gdy tylko chce, całkowicie porzucić wszelkie manieryzmy, które przylgnęły doń od czasu pamiętnej roli Jacka Sparrowa. Grindelwald sportretowany zostaje takim, jakim winien być: groźnym nie dlatego, że opętanym szaleńczą żądzą władzy i mocy, jak późniejszy odeń Voldemort, lecz z racji swego wykształcenia, ogłady i niezwykle przekonującej do jego światopoglądu wizji świata, którą roztacza w kulminacyjnym momencie filmu. W wygłaszanej niemal szeptem przemowie do tłumu zwolenników Grindelwald znakomicie pokazuje, czym jest pełzający totalitaryzm: złotoustą propagandą poprzedzającą jakiekolwiek zbrodnie popełnione w imię przyświecających zrazu szczytnych idei. Która jest tym bardziej nęcąca, im więcej trąca wrażliwych strun wśród zaślepionej rozmaitymi uprzedzeniami grupy społecznej.

Zbrodnie Grindelwalda, jak to bywa zresztą w wypadku filmów fantastycznych, lśnią przede wszystkim jednak w warstwie wizualnej. Efekty specjalne wykraczają poza wszystko, na co dotychczas pozwalali sobie twórcy filmów osadzonych w uniwersum czarodziejów, choć w dalszym ciągu znawcy encyklopedycznej wiedzy na jego temat mogą mieć pretensje do rozmaitych estetycznych upodobań Yatesa (już od piątej części oryginalnej sagi uparcie odmawiającego choćby wokalizowania zaklęć niemożliwych do rzucania niewerbalnego – tu rzecz dotyka nawet klątwy uśmiercającej). Nigdy nie zostaje również wyjaśnione, dlaczego magowie tu dopiero nagle odmawiają noszenia szat i wybierają stroje rodem z mugolskich żurnali przełomu lat dwudziestych i trzydziestych XX wieku. Szczególnie dziwi to w Hogwarcie, do którego wracamy w dwóch kluczowych momentach filmu, obserwując magów paradujących w mugolskim odzieniu zupełnie tak, jakbyśmy oglądali Zakazane imperium lub Peaky Blinders. Nie zmienia to faktu, że kostiumy przedstawiają się iście fantastycznie – jednak nie dość fantastycznie jak na film o, byłoby nie było, czarodziejach. Te i inne rysy na światotwórczym continuum cyklu rekompensują niewątpliwie cudownie dopracowane lokacje magicznego i niemagicznego Paryża, choć nie zawsze jest jasne, w której jego części się akurat znajdujemy[1]. Szczególne uznanie budzi tu gmach francuskiego Ministerstwa Magii oraz samego Hogwartu, który wreszcie ukazany jest w pełnej krasie, a nie tylko w zawężonej jak dotąd perspektywie, pozwalającej na uniknięcie niewygodnych pytań o to, dlaczego architektura zamku, a nawet rzeźba okalającego go krajobrazu, zmieniała się z filmu na film. Jakby dla usprawiedliwienia monikera „Fantastyczne zwierzęta”, poprzedzającego właściwy tytuł filmu, powraca też i ten wątek, choć zostaje on wyraźnie wyciszony, na tyle oczywiście, na ile jest to możliwe przy pozostawieniu w roli postaci wiodącej magizoologa.

Zbrodnie Grindelwalda mogą się bardzo podobać. Fanów uniwersum czarodziejów pozostawią one prawie na pewno w olśnieniu, inni widzowie powinni zaś oceniać je w tych kategoriach, które doń pasują, a mianowicie bardziej pretekstu do bliższego zapoznania się z tym fantastycznym światem, aniżeli wierną ekranizacją książki, której nawet wcześniej nie muszą (a może nawet nie powinni) czytać. Tak, jak i poprzednia część, nie jest to w żadnym razie baśń fantasy o radzącej sobie z wszelkimi przeciwnościami losu chwackiej młodzieży, lecz opowieść znacznie bardziej dojrzała, choć niepozbawiona przy tym rysów humorystycznych, zapewnianych w równej mierze przez niezmiennie rewelacyjnego Kowalskiego, co samego Newta Scamandra. Film wszelako może (a wręcz musi) sprawiać wrażenie niesamodzielnego: jest zanadto zadłużony fabularnie w części pierwszej i zanadto zarazem otwarty na kontynuację w części następnej, skutkiem czego absolutnie nie broni się jako produkcja samodzielna. Jeśli jednak oceniać go będziemy przez pryzmat roli, jaką pełni – a zatem rozszerzenia uniwersum czarodziejskiego – powinniśmy wyjść z kina nieprzeciętnie zadowoleni.

[1] Mowa zwłaszcza o scenie zwoływania zwolenników Grindelwalda czy pojmania jednego z ponownie grasujących fantastycznych stworzeń – obydwie miałyby bowiem poważne konsekwencje dla pogwałcenia traktatu tajności, chroniącego społeczność czarodziejów przed wścibskim wzrokiem mugoli, i pozostawienie ich bez dopowiedzenia w filmie podejmującym ściśle tę kwestię jest problematyczne.

 

Krzysztof M. Maj

Krzysztof M. Maj, Magiczne tango w Paryżu, CreatioFantastica” 2018, nr 2 (59).

Reklamy