Marcin Chudoba – Minimalizm, minimalizm wszędzie

Recenzja komiksu: Matt Fraction, David Aja, Steve Lieber, Jesse Hamm, Francesco Francavilla, Hawkeye: Lekkie Trafienia [Hawkeye: Little Hits], przekł. Marceli Szpak, Warszawa: Egmont Polska 2017, ISBN: 978-83-281-1949-9, ss. 132.

Po bardzo miłym zaskoczeniu, jakim był pierwszy tom serii o przygodach Clinta Bartona, przyszedł czas na drugą odsłonę opowieści poświęconej łucznikowi z Avengers, zatytułowaną Lekkie Trafienia. Matt Fraction, odpowiedzialny za scenariusz, w żaden sposób nie zmienił założeń swojej historii, ponownie skupiając się na życiu codziennym herosa, który nie ma supermocy (chyba że za takowe uznamy dar do pakowania się w różnego rodzaju kłopoty). Czy była to słuszna decyzja?

Recenzowany komiks rozpoczyna historia, w której Clint i Kate Bishop muszą zmierzyć się z huraganem nadciągającym do Nowego Jorku. W czasie, gdy Barton pomaga jednemu z lokatorów zamieszkujących jego kamienicę w zaopiekowaniu się samotnym ojcem, młodsza Hawkeye bierze udział w zaślubinach. W części poświęconej Clintowi, pozbawionej jakichkolwiek wątków sensacyjnych, scenarzysta chciał przekazać, że w krytycznych sytuacjach wsparcie najbliższych jest najważniejsze i czasem warto zacząć budować wspólne relacje od nowa, niż żyć uprzedzeniami. Tymczasem Kate będzie musiała zrealizować pewną misję. Jej celem jest zdobycie lekarstw dla chorej kobiety, która przyszła na zaślubiny biorąc ze sobą tylko niezbędną dawkę. Młoda bohaterka bez większych oporów niszczy drogi strój wieczorowy i rusza w targane nieprzyjazną pogodą miasto, udowadniając, że zawsze warto być człowiekiem, a moce nie są wyznacznikiem bohaterstwa.

Kolejna opowieść, na którą składają się pozostałe zeszyty drugiego tomu zbiorczego nie jest aż tak skromna jeśli chodzi o założenia fabularne, jednak scenarzysta nadal umiejętnie odcina się od marvelowskiego uniwersum i jego charakterystycznych cech. Kiedy w życiu Clinta pojawia się piękna rudowłosa kobieta, może to świadczyć o zbliżających się kłopotach. Zastana sytuacja nie podoba się trzem byłym wybrankom serca protagonisty – Czarnej Wdowie, Mockingbird i Spider-Woman. Superbohaterki postanawiają dać kompanowi z Avengers do zrozumienia, co myślą na temat jego klientki (a zarazem nowego obiektu westchnień). Jakby tego było mało, na Clinta czekają reperkusje związane z przejęciem własności bloku, który zamieszkuje, i zadarciem z lokalną mafią. W tym zamieszaniu przepełnionym akcją, dramatami i humorem nie zabrakło miejsca na sceny obyczajowe, w których Clint stara się nawiązać pozytywne relacje z sąsiadami. Wszystkie elementy fabuły znakomicie łączą się w jedną, spójną całość, w wyniku czego komiks czyta się bardzo przyjemnie.

Minimalizm warstwy graficznej, w tym np. operowanie jak najmniejszą ilością barw i stopniowe ich zmniejszanie, za który odpowiedzialny jest David Aja świetnie komponuje się z fabułą opowieści. Na szczególną uwagę zasługuje pomysł na ostatni rozdział recenzowanego tomu (w oryginale pierwotnie wydany jako jedenasty zeszyt serii), w którym najważniejszym bohaterem jest pies Clinta, Fuks. Mamy tu do czynienia w dużej mierze z komiksem niemym, w wyniku czego zadanie poprowadzenia narracji i właściwego przedstawienia historii spadło na rysownika. Aja wzorowo wywiązał się z zadania, operując zwykłymi ilustracjami, jak również znakami ikoniczno-graficznymi, wyrażającymi myśli i skojarzenia Fuksa. W świetle powyższych przemyśleń przyznanie Nagrody Eisnera dla tego epizodu w kategorii Best Single Issue/One-Shot jest jak najbardziej słuszne.

Paradoksalnie, najgorzej wypadają ilustracje stworzone gościnnie przez Steve’a Liebera, Jessego Hamma i Francesca Francavillę. Choć są one równie proste i minimalistyczne, w części z nich czuć nieudolne naśladownictwo stylu Davida Aji. Ciekawym pomysłem jest natomiast stworzenie przez Annie Wu wplecionych między standardowe ilustracje plansz imitujących okładki komiksów, które świetnie korespondują z działaniami i przemyśleniami postaci.

Rzadko się zdarza, aby po pierwszym, bardzo dobrym tomie opowieści o superbohaterach kolejne były tworzone na równie wysokim poziomie. Werdykt nie może być inny – gorąco polecam!

Marcin Chudoba

Marcin Chudoba, Minimalizm, minimalizm wszędzie, „Creatio Fantastica” 2018, nr 2 (59).

Reklamy