Barbara Szymczak-Maciejczyk – Człowiek człowiekowi wilkiem, a miasto miastu murem

MV5BNzY1MDA2OTQ0N15BMl5BanBnXkFtZTgwMTkzNjU2NTM@._V1_Recenzja filmu: Zabójcze maszyny [Mortal Engines], reż. Christian Rivers, Nowa Zelandia, Stany Zjednoczone: MRC Film, Scholastic Productions, Universal Pictures, WingNut Films 2018.

Od dłuższego już czasu widoczna jest ogólnoświatowa tendencja do przedstawiania światów postapokaliptycznych. Jeśli do tego dodaje się wciągającą fabułę, przekonujący wątek miłosny, kilka irracjonalnych pomysłów, efekt może być co najmniej zadowalający. Jeżeli to wszystko dzieje się w epoce żelaza, węgla i pary, to zdecydowanie jest po co wybrać się do kina.

Cywilizacja, jaką znamy, została zniszczona przez kataklizm, który doprowadził do zmiany kształtu kontynentów. Ludzkość, starając się dostosować do nowych warunków, podzieliła się na dwa obozy: zwolenników miejskiego darwinizmu oraz stałych osadników. O ile życie tych drugich jest dość spokojne (pomimo konieczności nieustannego zabiegania o zasoby), o tyle egzystencja pierwszych jest uzależniona od nieustannych łowów na inne ruchome miasta. Zabójcze maszyny rozpoczyna efektowna scena pochłonięcia miasteczka górniczego przez gigantyczny i krwiożerczy Londyn. Jednak wpośród pojmanych ludzi znajduje się jedna specjalna osoba – Hester Shaw (Hera Hilmar), której głównym celem jest zabicie jednego z najważniejszych obywateli dawnej stolicy Anglii. I nie jest tak bez powodu, ponieważ dbający o interesy Londynu Thaddeus Valentine (Hugo Weaving) ma wiele na sumieniu i aby zatuszować dawne zbrodnie, wyrzuca z miasta młodego historyka, Toma Natsworthy’ego (Robert Sheehan). Od tej pory Hester i Tom muszą bardzo się starać, by przeżyć na pustkowiach…

Nie można zaprzeczyć, że Zabójcze maszyny to film, który ogląda się z zapartym tchem. Wspaniałe ujęcia, dobra gra aktorska, interesująca fabuła i klimat steampunku/diesepunku stanowią elementy składowe przepisu na prawdziwy blockbuster. Także absurdalność pomysłu na jeżdżące miasta [1], które – pomimo braku zasobów konotującego konieczność ich wyprodukowania – stale niszczą powierzchnię ziemi, jest w tym wypadku atutem. W filmie nie brakuje również odwołań do popkultury (posąg dwóch bożków jest przekomiczny, a scena, w której Weaving mówi o dinozaurach, sprawiła, że wybuchłam śmiechem), ożywionych trupów rodem z horroru czy komentarzy pół-żartem i pół-serio odnośnie do początków drugiego tysiąclecia (np. dotyczących jedzenia z XXI wieku).

Okazuje się jednak, że film jest niepozbawiony słabych stron. Zaliczam do nich przede wszystkim męczącą już skłonność hollywoodzkiego kina do ukazywania Azjatów jako uduchowionych wybawicieli świata, żyjących w mitycznym i niepokonanym Shangri La. Oczywiście w opozycji znajdują się przedstawiciele złej, łaknącej krwi kultury europejskiej (szczególnie Zachodniej Europy). Także fabuła wydaje się potraktowana nieco zbyt wyimkowo, przez co można odnieść wrażenie, że brak jest pewnych wątków, które zapewniłyby większą spójność. Chodzi mi o pewne detale dotyczące wojny sześćdziesięciominutowej – jej genezy, stron biorących w niej udział i tak dalej, jak również o pełniejsze wyjaśnienie, jak doszło do katastrofy, która zmieniła oblicze Ziemi. Szkoda też, że jedynym ukazanym w filmie miastem-drapieżcą był Londyn i mimo że na ekranie pojawiły się także wehikuły Południowców polujących na ludzi, owych zabójczych maszyn na kołach, gąsienicach i wysięgnikach jest po prostu zbyt mało. Nie wiemy więc, ile jest drapieżców, jakie są pomiędzy nimi relacje ani czy one wzajemnie na siebie wpływają.

Jednak dla mnie najciekawsze było obserwowanie pokazanych na ekranie relacji międzyludzkich. System klasowy w Londynie oparty jest w dużej mierze na kompilacji wysokiego urodzenia i zdolności zapewniających miastu utrzymanie jak najlepszych warunków bytowych. Nie mniej interesujące było patrzenie na sytuację dziejącą się na targu, na którym sprzedawano złapanych ludzi, by następnie przerobić ich na żywność dla Południowców. To, co w czasach dobrobytu wydaje się nierealne, w innych może być rzeczą oczywistą – choć nadal przerażającą. Również relacje pomiędzy poszczególnymi bohaterami zostały świetnie ukazane.

Z seansu wyszłam zadowolona, zdruzgotana i zamyślona – w odwrotnej kolejności. Widok tego, co człowiek jest w stanie zrobić drugiej osobie, zawsze wywołuje we mnie bunt i zaskoczenie. Jednak takie filmy, jak Zabójcze maszyny dają nadzieję na to, że nawet w zepsutym społeczeństwie mogą pojawić się jednostki kierujące się zasadami moralnymi i pragnące ocalić świat.

[1] Scenariusz filmu jest oparty na powieści Philipa Reeve’a pod tym samym tytułem.

Barbara Szymczak-Maciejczyk

Barbara Szymczak-Maciejczyk, Człowiek człowiekowi wilkiem, a miasto miastu murem, „CreatioFantastica” 2018, nr 2 (59).