Krzysztof M. Maj — Wschód! Tam musi być jakaś cywilizacja

PIEKARA_PlomienIKrzyz-T3_BR-OKLADKARecenzja książki: Jacek Piekara, Świat Inkwizytorów. Płomień i krzyż, t. III, Lublin: Fabryka Słów 2018, ISBN: 978-83-7964-393-6, ss. 475.

Część trzecią serii „Świat Inkwizytorów. Płomień i Krzyż” przeczytałem w stosownym momencie, tj. tuż po zapoznaniu się z tomami poprzednimi, a także całą, wciąż rozwijaną, sagą „Ja, Inkwizytor”. I witam ją nie bez pewnej ulgi. Po pierwsze, niezależnie od walorów artystycznych prozy Jacka Piekary, allośredniowieczny świat Europy styranizowanej przez szerzących chrześcijaństwo inkwizytorów został ukształtowany przezeń umiejętnie i każdy, kto twierdzi inaczej, powinien zostać skazany na wiekuistą lekturę Wojny polsko-ruskiej Dody Masłowskiej w trybie da capo al fine oraz – ostatecznie mówimy o okrutnym świecie inkwizytorów – smaganie ognistym biczem po słabiźnie (co przypuszczalnie wzbudziłoby ryki zachwytu ze strony bohaterów prymitywnej powieści Masłowskiej). Po drugie, szczerze zmęczył mnie cykl „Ja, Inkwizytor”, sztucznie konstruowany tak, by można było rozpocząć jego lekturę w dowolnym momencie i w efekcie irytujący powtarzalnymi, niekiedy in extenso, passusami już to o wrażliwym węchu Mordimera Madderdina, już to o tańcu czarnych płaszczy, już to o edukacji w przesławnej Akademii Inkwizytorium, za każdym razem z wykorzystaniem ściśle tych samych słów w identycznej kolejności. Po trzecie, Arnold Löwefell, protagonista serii „Świat Inkwizytorów”, jest całkowicie obojętny seksualnie – dzięki czemu biedny czytelnik nie zostaje tym razem narażony na pozbawione smaku, niepotrzebnie zwulgaryzowane, szowinistyczne i skandalicznie uprzedmiotawiające opisy kontaktów Madderdina z kobietami, w żaden sposób nieusprawiedliwiane allohistorycznymi realiami świata Piekary.

Płomień i krzyż, tom trzeci serii, zlokalizowany jest – na oko – zdecydowanie przed wydarzeniami opisanymi w dwóch poprzednich odsłonach cyklu „Ja, inkwizytor”, a w każdym razie na pewno przed zapoczątkowanymi tam wydarzeniami, których rozwój spoiluje zapowiadany od dawna tytuł Czarna śmierć. Gdzie dokładnie – to prawdopodobnie wie sam Piekara, który naprawdę mógłby przygotować jakąś sensowną konkordancję dla całego cyklu, ponieważ jedną rzeczą jest zachęcanie czytelnika do docenienia nielinearnej kompozycji, a drugą zrzucanie na niego obowiązku zaprojektowania głównego łuku fabularnego całości, względnie zaś jakiegoś spinającego świat ośrodka encyklopedycznego. Pewną rolę uzupełniającą, bardzo miłą w cyklu „Świat Inkwizytorów”, pełni wzorowany na „Trylogii husyckiej” Sapkowskiego appendix historyczny, w którym zręcznie zebrane zostają wszelakie fakty i ciekawostki rodem z naszej rzeczywistości (zarówno te rudymentarne, jak i te zaświadczające o staranniejszej kwerendzie), jednak encyklopedii powieściowego świata wciąż boleśnie brak. Czego nie brakuje natomiast, to, jak zwykle u Piekary, wartkiej narracji od samego początku powieści – od razu stawiającej przed czytelnikiem zagadkę fabularną i wyznaczającej do jej rozwikłania biegłych śledczych, rekrutowanych tym razem nie tylko z Wewnętrznego Kręgu Inkwizytorium, ale i z jego rubieży, w osobie chutliwego Mordimera, którego pod mimo wszystko mało przekonywającym (nawet dla samego inkwizytora) pretekstem ściąga się na północ Cesarstwa z Hez-hezronu. Tym samym w powieści na poważnie splatają się obydwa cykle, dobrze rokując zamykającym się w nich powoli wątkom. A tych jest sporo: wciąż niewyjaśnione pozostają motywacje Wewnętrznego Kręgu, nie do końca wiadomo, jaka jest we wszystkim rola Aniołów, a czytelnicza wiedza na temat związków magii i religii nie różni się specjalnie od tej właściwej większości obywateli Cesarstwa, jest bowiem żadna. Nie oznacza to, że powieść nie przynosi odpowiedzi na parę pytań, choć te, co w pewnym sensie zrozumiałe, dotyczą głównie przeszłości Arnolda Löwefella, niegdysiejszego maga ognia z Persji, Narsesa.

Intryga powieściowa prowadzi Arnolda i Mordimera – a także towarzyszących im Barnabę Bibera oraz Hildegardę Reizend[1] – dalej, niż kiedykolwiek w powieściach inkwizytorskich Piekary, a zatem na wschód, aż na dziką Ruś. Nie można się wyzbyć wrażenia, że cała wyprawa jest bardzo pretekstowa: chodzi tu przede wszystkim o pokazanie rozpiętości allohistorycznego świata i opisanie jego skrzydła wschodniego, dotychczas prawie przemilczanego, jeśli wyłączyć wzmianki o Królestwie Polskim, rządzonym twardą ręką króla Władysława, nieprzyjaznego raczej zakusom Świętego Officjum. Wrażenie to, co jest bardzo zabawne, podzielają sami bohaterowie, niekwapiący się z opuszczaniem brukowanych duktów Cesarstwa i zapuszczaniem w niegościnne knieje Rusi w poszukiwaniu – na domiar wszystkiego – wampira, jednego z nieśmiertelnych powstałych w dniu zstąpienia Chrystusa z krzyża. Uzasadnia to oczywiście dokooptowanie do naszej klasycznej erpegowej drużyny Mordimera, a więc jedynego spośród inkwizytorów spoza Wewnętrznego Kręgu, którym udało się z jakimkolwiek wampirem skonfrontować i jeszcze wyjść z tego żywcem. Nie uzasadnia to natomiast ogromnego ryzyka, jakie wiąże się z wysłaniem wybitnych znawców magii i jednych z najbardziej zaufanych inkwizytorów na starcie z kimś, kto miał półtora tysiąca lat na przygotowanie do odparcia najlepiej nawet zaplanowanej wyprawy wojskowej – i koniec powieści daje pewne nadzieje na to, że wszystko to mogło być częścią jakiegoś większego planu, bynajmniej niesłużącego wspólnej inkwizytorskiej Sprawie.

O fabule próżno mówić cokolwiek więcej: jest poprowadzona sprawnie, raz czy nawet dwa razy zaskakuje pomniejszym zwrotem i kończy się, jak zwykle u Piekary, wraz z odsłonieniem kolejnego fragmentu zasłony oddzielającej prawdę od rzeczywistości. Najsprawniej wypada bodaj zmiana fokalizacji[2], pozwalającej na obserwację poczynań Mordimera Madderdina nie z jego irytującej perspektywy, a z oddalenia i dystansu, tym bardziej wiarygodnego, iż związanego z wielokrotnie większym doświadczeniem i inkwizytorskim, i życiowym Löwefella. Jest to zaś tym bardziej satysfakcjonujące, iż w toku powieści sam Arnold wielokrotnie przekonuje się, że potężni członkowie Wewnętrznego Kręgu w osobach Mariusa von Bohenwalda czy Katriny (o której wreszcie dowiadujemy się czegoś, co uzasadnia jej gigantyczną moc) dystansują go wiedzą i eksperiencją jeszcze bardziej niż on Mordimera, co w nienachalny sposób sugeruje, jak wiele informacji o allohistorycznym świecie inkwizytorów kryje się jeszcze przed czytelnikami.

Najnowszą powieść Piekary należy wyróżnić tak samo, jak obydwie poprzednie części „Świata Inkwizytorów” – jako o wiele lepiej ukazującą jego talent pisarski, aniżeli raczej grafomańska i skrojona pod prymitywniejsze gusta seria „Ja, inkwizytor”, przy tym jednak w równym stopniu, co ona, udaną pod względem kontrfaktycznego światotwórstwa[3]. O świecie Piekary po prostu chce się więcej przeczytać i pozyskiwaniu wiedzy na jego temat o wiele bardziej sprzyja oryginalna postać ex-maga Arnolda Löwefella, niż postwiedźmińskiego Madderdina. Serię Płomień i krzyż, wraz z jej odsłoną trzecią, rekomenduję zatem nie tylko fanom pisarstwa Piekary, ale i wszystkim tym, którzy przygodę w świecie inkwizytorskim dopiero pragnęliby rozpocząć.

[1] Służącą, jak można się od początku spodziewać, głównie temu, by Mordimer miał na kim zawieszać oko, w czym zmylić ma czytelnika bardzo długi ustęp na początku powieści poświęcony wyjątkowym walorom intelektualnym autorki Traktatu o anomaliach, będący zarazem ostatnim ustępem o tym charakterze.

[2] Fokalizacja — perspektywa narracyjna (przyp. red.).

[3] Powieści Piekary wyróżniał z tego względu Piotr Stasiewicz w książce Między światami. Intertekstualność i postmodernizm w literaturze fantasy (Białystok: Wydawnictwo Uniwersytetu w Białymstoku 2016, ss. 110-115).

Reklamy