Krzysztof M. Maj — Zepsuta księga

Księga ZepsuciaRecenzja książki: Marcin Podlewski, Księga zepsucia, Lublin: Fabryka Słów 2019, ISBN: 978-83-7964-411-7 (Edycja Kindle).

Mamy 2019 rok. Napisawszy pean pochwalny na cześć rewelacyjnej Głębi, spodziewałem się po pierwszej fantasy od Marcina Podlewskiego bardzo wiele – ale na pewno nie déjà lu. A przeczytawszy początek powieści fantastycznej rozpoczynającej się na Ziemi, już wiedziałem, co przeczytam dalej. Portal-quest fantasy. Brama między światami, quest rodem z ubogiego D&D-ka (od zera do bohatera, wybraniec, artefakt, your princess is in another castle) i, w zależności od rozwoju fabuły, albo powrót do znajomego świata śladami Kandyda, albo zostanie w świecie nieznajomym jak w Avatarze. Konstrukcja światotwórcza znana z Opowieści z Narnii Lewisa, ze Świata czarownic Norton, z Fionavarskiego gobelinu Kaya, z Dziewięciu Książąt Amberu Zelaznego, z Czarodziejów Lva Grossmana i z jakiegoś legionu baśni i baśni fantasy[1] – krótko mówiąc, ze zbyt wielu narracji fantasy, by mógł ten chwyt zaskoczyć w XXI wieku, w którym pożądanym standardem są imersywne światy fantasy w stylu Archiwum burzowego światła lub Imienia wiatru, wrzucające bezlitośnie czytelnika w allotopię i wymagające odeń zadomowienia się w jej realiach. A tymczasem dostajemy sarkastycznego protagonistę rodem z Gwiezdnych wrót, który się będzie dziwować allotopijnemu światu, że taki allotopijny. Hej, autorze, rozumiemy, wiesz? Już od stu stron rozumiemy, że Thea nie jest światem ziemskim! Możemy już teraz przejść spokojnie do jego odkrywania, czy też będziemy musieli znosić jeszcze utyskiwania głównego bohatera, że zamiast zginąć na krześle elektrycznym trafił do świata fantasy?

Mniej więcej w dwóch trzecich powieści (!) bohater Księgi zepsucia, Malcolm Rudecki, uspokaja się i pozwala nam się z wolna zanurzyć w realia Thei – i w ograniczonym stopniu zapomnieć o tym, że powieść rozpoczyna się w zakładzie karnym w stosownie odległej ziemskiej przyszłości, gdy demokracje wyparte zostały przez bliżej nieokreślony system imperialny, by później przez typową bramę między światami (w tej roli krzesło elektryczne) wysłać „Ruda” w zaświaty (w tej roli Thea). Szczęśliwym zbiegiem okoliczności, a to tylko początek całego panteonu dei ex machinæ, egzekucja czyni zeń fulguromantę na miarę naszych możliwości i poślednią siłę w lokalnym panteonie magów, nazywanych tu dla zmyłki Skrzywionymi. Niestety, nieledwie sto stron później powieść kończy się jak (czarnym) nożem uciąć i to takim cliffhangerem, jaki zapamiętałem z Eragona Christophera Paoliniego. I wiem, że zabrzmi to surowo, być może bardziej niż powinno – jednak końcowe sceny są żywcem wyjęte z konfrontacji Eragona z Durzą. Gorzej wręcz: po chwili zastanowienia dostrzegam nawet więcej zalet w prozie pięknolicego bambino włoskiej fantastyki, który miał przynajmniej tyle szacunku do czytelnika, by wyposażyć książkę w dykcjonarz objaśniający co większe brewerie słowotwórcze. Po przeczytaniu zaś Księgi zepsucia, nie jestem w stanie przywołać definicji bodaj jednego allonimu[2], wyjąwszy przytoczone już Skrzywienie, a jest to rzecz, na którą sam najpilniej w lekturze zwracam zwykle uwagę.

Skazaniec władający fulgurokinezą, upodlony karzeł, bladolicy nadczłowiek i wampiryczna pixie – jeśli komuś krew wrze w żyłach z ekscytacji na wieść o tak chwackiej drużynie bohaterów, znak to, że winien rzucać wszystko i zaszyć się w Bieszczadach z najnowszą powieścią Podlewskiego. I tak, oczywiście, że jestem cyniczny i złośliwy – jednak jeśli Malcolm Gromopalcy może przepracowywać pośmiertną traumę sarkastycznymi uwagami na temat zaświatów, do których trafił, to i nieszczęsnemu recenzentowi nie powinno się odmawiać pomniejszych uszczypliwości po traumie lektury powieści, która całą swą zawartością krzyczy, że reprezentuje fantasy rodem z lat osiemdziesiątych. Zwłaszcza, że nie ratuje jej to nawet, co jest w stanie dla mnie usprawiedliwić nawet najbardziej ułomnie zaprojektowane fabuły, a mianowicie kunszt światotwórczy. Nie mam pojęcia, co stało się z Marcinem Podlewskim i jakiż to doppelgänger każe nam wierzyć, że wciąż z nami jest światotwórca Wypalonej Galaktyki – bo to, co byłem w stanie wycisnąć ze szczątkowej ekspozycji, skąpo dawkowanych informacji dialogowych i kompletnie niezrozumiałych ustępów światotwórczych z kronik przedzielających rozdziały Księgi zepsucia, nie składa się na żaden sensowny obraz spójnej rzeczywistości. Owszem, wiemy z nich tyle, ile i z blurbu: świat to mianowicie zły, zepsuty i mhrrroczny, co jeszcze się dopytujesz, siadaj i nie garb się. Co gorsza, przez całą niemalże powieść tuszowane są także dziury logiczne: Malcom Elektrolicy standardowo włada allotopijną mową, zupełnie jakby miał wbudowany translator (co sam zresztą kilka razy podkreśla, sprytnie, sprytnie, ale nie dość sprytnie, jeśli tego finalnie w sensowny sposób nie wyjaśniamy), naturalnie w ogóle nie napotyka żadnego z ksenologicznych paradoksów związanych z kontaktem międzyświatowym, niemal natychmiastowo pokonuje Złą Czarownicę ze Wschodu, nie miażdżąc jej wprawdzie niechcący fruwającą nieruchomością, lecz prawym sierpowym, naładowanym zaczerpniętą z krzesła elektrycznego fulgurokinezą, a następnie kolonizuje prymitywny lud Thei w każdym znaczeniu tego czasownika. I to chyba złości najbardziej: czego jak czego, ale w 2019 roku, kilkadziesiąt lat po zwróceniu przez Orsona Scotta Carda uwagi na problem ksenocydu i kolonialności narracji fantastycznych, nie trzeba w konieczny sposób reprodukować w fantastyce narracji ekspansji i podboju, podszytej ledwie tajoną przez protagonistę cywilizacyjną pogardą względem ludów postrzeganych przezeń jako prymitywne. Jedynym odstępstwem od kolonialnej narracji jest świetnie rozpisana relacja Malcolma Piorunorękiego z Marlą – tajemniczą, bawiącą się jego kosztem i do samego końca zachowującą przewagę taktyczną, wzmaganą dodatkowo przez błyskawiczne przyswajanie wiedzy o jego ojczystej planecie. Nie umiem jednak wymienić bodaj jednego przykładu jakiegokolwiek zjawiska społecznego, politycznego czy naturalnego w Thei, który by w jakikolwiek sposób przemienił naszego bohatera – a chyba nie muszę mówić, z jakim problemem boryka się powieść, której fabuła nie uwzględnia jakiejkolwiek przemiany protagonisty. No dobrze, na wszelki wypadek podpowiem: z problemem warsztatowym.

Jeśli coś może kontynuację Księgi zepsucia uratować – to rozbudowanie relacji Malcolma Iskronoścy i Marli, ujawnienie podstawowych informacji o konstrukcji mhrrrocznego świata i poprowadzenie fabuły tak, by nie kończyła się powrotem Burzowładnego na ziemski łez padół, bogatego w wiedzę z odległej krainy, którą przeszczepi ochoczo do przydomowego ogródka, czekając na odwiedziny nowo poznanych przyjaciół z ocalonego i już bynajmniej nie mhrrrocznego świata Thei, od teraz szczęśliwie połączonego z Ziemią dwuprzepustowym Bifrostem z kontrolą celną i szansą na unię personalną między zaprowadzającymi u siebie wzajemnie pokój i dobrobyt królestwami. Bo właśnie tak wygląda 95% narracji portal-quest fantasy.

Co powiedziawszy, pozostaje mi wciąż Chwalić Bladego Króla i przeżywać smutoradość finalności, którą żegnałem cykl Głębi. Albowiem godny jego następca wciąż się w twórczości Marcina Podlewskiego nie objawił.

Krzysztof M. Maj

[1] Część z nich w jakimś przedziwnym przypływie pisarskiej szczerości Podlewski sam wymienia w posłowiu, zatytułowanym wymownie Powrót do Nigdy Nigdy.

[2] Allonim – neologizm wykorzystany do opisu przedmiotów, postaci lub zjawisk w allotopii (przyp. red.).

Cytowanie: Krzysztof M. Maj, Zepsuta ksiega, „Creatio Fantastica” 2019, nr 1 (61).