Krzysztof M. Maj — This is my rifle, this is my gun, this is for fighting… but this is no fun

punkt-uderzeniaRecenzja książki: Marko Kloos, Punkt uderzenia, przekł. Piotr Kucharski, Lublin: Fabryka Słów 2019, ISBN: 978-83-7964-419-3, ss. 373.

Jest przynajmniej jeszcze jedna osoba prócz mnie, której seria „Frontlines” dłuży się tak, że widzi w niej ona już same déjà raconté [1]. Osobą tą jest sam Marko Kloos, który w najnowszym tomie cyklu – pod tytułem Punkt uderzenia, łudząco sugerującym skok napięcia fabularnego – postawił na stary, sprawdzony recykling już opisanych postaci, wydarzeń, a nawet miejsc akcji.

O czym najbardziej chcielibyśmy przeczytać po doświadczeniu spektakularnej inwazji na Marsa w poprzedniej powieści (W ogniu walk)? Dowiedzieć się czegoś więcej na temat ksenomorficznej rasy Dryblasów? Zrozumieć, dlaczego gromadziły pod ziemią zwłoki ludzi? Usłyszeć, że Ziemianie tak naprawdę walczyli dotąd tylko z cywilną częścią ich społeczności, a za kominami Alcubierre’a gromadzi się już wielka warhammerowska armada pełna żądnych vendetty obcych żołnierzy z właściwego korpusu ekspedycyjnego? Co bez wątpienia podniosłoby stawkę walk, dodatkowo też przydając wiarygodności całemu konfliktowi? Wedle Kloosa zdecydowanie nie. Skądże. Chcielibyśmy w zamian, by nasi bohaterowie:

  • wrócili na Ziemię;
  • powałęsali się tu i ówdzie, pomarudzili o żołnierskiej doli i lakonicznie porozmawiali z rodzinami;
  • dostali dokładnie takie samo nagłe wezwanie do akcji w trakcie przepustki, jak w każdym z poprzednich tomów od trzeciego wzwyż;
  • a następnie udali się na jednym z nowych, supernowoczesnych okrętów do miejsc, w których byli już w tomie trzecim i czwartym.

Jasne, mamy okazję nasycić się opisami nowych technologii wojskowych, kolejnych napięć między Andrew Graysonem a dowództwem (które już powinno było go dawno postawić przed sądem wojskowym za niesubordynację), względnie kilku interesująco rozpisanych starć naziemnych i jednego kosmicznego. Ale poza tym… powieść nie oferuje nic nowego i wypada tak blado na tle całego cyklu, jak niektóre ósme sezony pewnych blockbusterowych seriali fantasy. W Punkcie uderzenia dzieje się tak niewiele, że fabułę powieści można zaspojlować sobie jeśli nie lekturą trzeciego i czwartego tomu, to już na pewno opisu okładkowego, zdradzającego właściwie wszystko to, co powinniśmy wiedzieć przed przeczytaniem kolejnych części „Frontlines”. W efekcie pewne są dwie rzeczy. Po pierwsze, na tomie siódmym raczej się rzecz nie skończy. Nie ma najmniejszych szans, by Kloos zmieścił w jednej powieści dostatecznie dużo informacji światotwórczych, by uniknąć błędów scenarzystów pewnego blockbusterowego serialu fantasy i w satysfakcjonujący sposób skonkludować cykl. Po drugie, jeśli tomów powstanie więcej, będę musiał zmienić sposób tytułowania ich recenzji – powoli bowiem kończą mi się wersety piosenki sierżanta Hartmana z Full Metal Jacket.

Moja ocena Punktu uderzenia jest ambiwalentna: w dalszym ciągu jest to dobra military SF, jednak przez nieodparte podobieństwa do poprzednich tomów serii „Frontlines” i recykling fabularny, awansuje ona do grona najsłabszych powieści cyklu. Bez wyraźnego poczucia progresji fabularnej i wobec zaniku inwencji światotwórczej staje się typowym produkcyjniakiem solidnego warsztatu amerykańskiej szkoły creative writing – i fantastyką naukową zdecydowanie niższych lotów, niż te wyższego i średniego nawet pułapu.

Krzysztof M. Maj

[1] Déjà raconté — fr. ‘już opowiedziane’ (przyp. red.)

Reklamy