Mateusz Hupert – Kolorowe kredki

RytmatystaRecenzja książki: Brandon Sanderson, Rytmatysta [The Rithmatist], przekł. Anna Studniarek-Węch, Warszawa: Wydawnictwo MAG 2019, ISBN: 9788374808385 , ss. 310.

W życiu młodego Joela nigdy się nie przelewało. Na prestiżową akademię Armedius dostał się wyłącznie dzięki zasługom swojego nieżyjącego ojca i ciężkiej pracy matki, sprzątaczki. Akademia, oprócz dziesiątek tradycyjnych profili kształcenia, przyucza również rytmatystów, a największym życiowym marzeniem Joela jest zostać jednym z nich. Niestety, w czasie ceremonii przyjęcia do religijnej wspólnoty Mistrz nie wybrał chłopca, aby ten posiadł moc, która umożliwi mu zgłębianie tej niezwykłej sztuki. Dar przydałby się szczególnie teraz, bowiem gdy młodzi studenci rytmatyki zaczynają znikać w tajemniczych i niepokojących okolicznościach, zwykłe zrządzenie losu sprawi, że to Joel i jego przyjaciółka Melody trafią na trop tajemniczego oprawcy. W dużym skrócie tak prezentuje się fabuła nowej młodzieżowej powieści Brandona Sandersona. Oto Rytmatysta.

Kim są Rytmatyści? Najprościej rzecz ujmując – to stojący na straży Zjednoczonych Wysp Ameryki uczeni czarodzieje, którzy posiadają tę niezwykłą właściwość: rysowane przez nich na ziemi kredowe linie potrafią wpływać na rzeczywistość. To właśnie Rytmatyści stoją na straży linii frontu w Nebrasku, gdzie wciąż toczy się wojna przeciwko dzikim kredowcom, oszalałym dwuwymiarowym istotom, których nieokiełznana agresja zagraża społecznemu porządkowi i życiu obywateli archipelagu. Rytmatyka jest jednak nie tylko narzędziem wojny – to nauka, a także sztuka, zaś otoczone długą tradycją rytmatyczne pojedynki to najbardziej widowiskowe i ekscytujące wydarzenia publiczne. Bycie Rytmatystą to wielki prestiż, jednak idzie za nim równie ogromna odpowiedzialność.

Jak przystało na powieść pióra Brandona Sandersona, Rytmatysta cechuje się bardzo precyzyjną konstrukcją świata przedstawionego – a przynajmniej stara się sprawiać takie wrażenie. Drobiazgowo określono tam zasady działania rytmatyki, wykreślania ochronnych kręgów, różne rodzaje linii z ich własnościami i zastosowaniami… A jednak miałem wrażenie, że coś nie do końca pasowało tam do reszty obrazu. Przy całej tej szczegółowości nie mogłem wyzbyć się rozbawienia na myśl o szeregach poważnych ludzi w płaszczach toczących gdzieś na wyspie Nebrask krwawe boje z… narysowanymi kredą ludzikami. Czułem się dziwnie, gdy czytałem o patrolach policjantów uzbrojonych w wiadra z kwasem, jednak po pewnym czasie przyzwyczaiłem się również do tego – można przymknąć oko, gdy się pamięta, że Rytmatysta adresowany jest do młodszej młodzieży. Gdy jednak pod koniec bohaterowie dokonali bardzo ważnego odkrycia (nie chcę tu zdradzać zbyt wielu szczegółów co do jego natury), to, czego się dowiedzieli, wydawało się kompletnie oderwane od wykreowanej w powieści rzeczywistości. Do tej pory czytając powieści Sandersona ani razu nie miałem wrażenia, że wytyczone przez niego magiczne zasady w jakiś sposób dopasowują się do wydarzeń – zawsze było na odwrót, to prawa świata kształtowały bieg wypadków. Tutaj natomiast wyglądało to tak, jakby cała rytmatyka zmieniła się, aby dać Wielkiemu Złemu szansę, by dopaść głównego bohatera. Podejrzewam, że nie byłoby to takie złe, gdyby wcześniej prowadzone przez protagonistów dochodzenie ujawniało jakieś poszlaki, drobne wskazówki, że coś może nie być tym, na co od początku wyglądało – upuszczenie tego na głowę czytelnika w tak niezapowiedziany sposób nie wzbudziło mojej sympatii.

Na szczęście pomimo tego jednego zwrotu akcji cała reszta prezentuje się zadowalająco. Badana przez bohaterów sprawa jest ciekawa, napięcie dawkowane z dostatecznym umiarem, by podtrzymać zainteresowanie, zaś zakończenie stanowi istny popis zabawy oczekiwaniami czytelnika. Bohaterów Rytmatysty nakreślono na tyle szczegółowo, by chociaż odrobinę zapadali w pamięć. Roztargniony profesor Fitch jest świetnym teoretykiem obrony rytmatycznej, ale zbytnio boi się ludzi, by zaprowadzić dyscyplinę na zajęciach albo użyć swoich talentów w praktyce. Melody jest wredna i wygadana, ale przy tym niesamowicie sympatyczna. Profesor Nalizar jest chorobliwie ambitny i odnosi się z wyższością do każdego, kto nigdy nie był na froncie. O każdym z nich da się powiedzieć coś, czego nie można o pozostałych bohaterach. Pośród tego wszystkiego jest Joel – i właściwie tylko do niego mam zastrzeżenia. Jak na kogoś, kto jest takim zapaleńcem w dziedzinie, którą się interesuje (oraz głównego bohatera powieści), na tle pozostałych wydawał się dziwnie miałki, pozbawiony ikry. A wydawać by się mogło, że ktoś, kto przeżył w życiu tyle przykrości i rozczarowań będzie dysponował choć drobną dozą charakteru…

Mimo tych wszystkich wad uważam, że Rytmatysta stanowi całkiem udaną powieść młodzieżową. Ma ciekawie skonstruowany świat oparty na niebanalnym pomyśle, wciąga i trzyma w napięciu, a dzięki swobodnemu, dowcipnemu stylowi z jakiego znany jest autor, czyta się go lekko, łatwo i przyjemnie. Zdecydowanie polecam komuś, kto chciałby pozwolić sobie na chwilę odpoczynku od dojrzalszych, poważniejszych tytułów.

Mateusz Hupert

Mateusz Hupert, Kolorowe kredki, „Creatio Fantastica” 2018, nr 2 (59).

Reklamy