Maciej Tomczak – Na nieznanych lądach

Głodne Słońce. Ołtarz i KrewRecenzja książki: Wojciech Zembaty, Głodne słońce: Dymiące zwierciadło, Warszawa: Powergraph 2016, ISBN: 978-83-64384-55-4, ss. 538.

Mimo postępującej globalizacji wiedza, jaką posiadają mieszkańcy poszczególnych kontynentów na temat innych części świata, jest wyłącznie powierzchowna. Tak naprawdę to efekt braku realnego zainteresowania losami innych ludzi, będącego z kolei konsekwencją polityki prowadzonej przez państwa postrzegające siebie jako najważniejsze dla historii i rozwoju Ziemi. I nie jest to bynajmniej domena Europejczyków, ponieważ podobnie sprawy mają się w Chinach, Indiach, Japonii czy Stanach Zjednoczonych.

Do odległej przestrzennie Ameryki Południowej zabiera czytelników Wojciech Zembaty. Nie jest to jednak kraina znana z lekcji historii czy literatury pięknej. Linie czasu między naszą rzeczywistością a tą wykreowaną na łamach Głodnego słońca: Dymiącego zwierciadła, rozeszły się w okresie szesnastowiecznych konkwistadorów. W książce polskiego pisarza nie dochodzi do ostatecznego podboju kontynentu i dominacji przybyłych zza wielkiej wody Białoskórych. Doprowadził do tego splot wielu różnych okoliczności, zwanych powszechnie Klątwą. Konsekwencje okazują się natomiast niemniej znaczące. Powstałe na zgliszczach dawnych organizacji plemiennych grupy narodowe pozostają zacofane technologicznie, postrzegając wszelkie wynalazki kolonistów jako źródło boskiego gniewu. Nie odstępują przy tym od dawnych krwawych obrządków czy zachowania wyraźnych podziałów społecznych.

W takim świecie żyje trójka głównych bohaterów. Pierwszym jest wywodzący się z Druazzi, podejrzanie blady i jasnowłosy, lecz pełen zapału do ćwiczeń Haran, przybrany syn wybitnego żołnierza topiącego dawne porażki w alkoholu. Drugim jest wątły, nieco tchórzliwy, lecz dość inteligentny Tennok. Chłopak także jest potomkiem wojownika, lecz pochodzącego nie z pospólstwa, a ze szlachetnego rodu Kruzów, pretendującego do najwyższych zaszczytów. I wreszcie ostatnim protagonistą jest Quinatzin – młody i pełen ambicji Władca Odrodzonego Przymierza. Jak łatwo można się domyślić, odmienna przynależność klasowa postaci nie przeszkodzi im w ostatecznym spotkaniu, a przecinające się wzajemnie losy odmienią nie tylko ich życia.

Ameryka Południowa okazuje się fascynującym miejscem. Kultura, w której kwestia ciała i cielesności jest postawiona niemal na pierwszym miejscu, jak i wyznawane i pożądane wartości czy wielowymiarowy system wierzeń pozostają odległe od tych znanych rodzimemu czytelnikowi. I nie ma tu znaczenia, że Głodne słońce pozostaje fantastyką, gdyż jego fundamenty opierają się na materiale źródłowym. Z drugiej strony, co oczywiście jest pewnym truizmem, ludzie w swym zachowaniu, czy raczej kierujące nimi namiętności, w ogóle się nie różnią.

Fakt, że w momencie zawiązania fabuły wspomniana trójka jest w wieku nastoletnim może sugerować, że dwutomowy cykl Głodnego słońca będzie powieścią skierowaną do młodzieży. Nic bardziej mylnego. Rzeczywistość przedstawiona przez Zembatego jest pełna przemocy, wulgarności i erotycznego napięcia. Autor w snutej przez siebie opowieści bywa bezwzględny niczym George R. R. Martin w cyklu Pieśń lodu i ognia. Zembaty jednak, eliminując w mniej czy bardziej brutalny sposób kolejne postacie, trzyma się zdecydowanie bardziej logiki toczącej się historii.

Trzeba też zaznaczyć, że chociaż liczba głównych bohaterów jest ściśle określona i to przede wszystkim na nich skupiona jest narracja, w fabule pojawia się jeszcze kilka pierwszoplanowych i wiele drugoplanowych postaci, które są nie tylko fascynujące, lecz także tak samo dobrze przedstawione. Co więcej, państwa i społeczeństwa występujące w Głodnym słońcu są tylko pozornie oparte na patriarchacie. Kobiety odgrywają ważną, jeśli nie najistotniejszą rolę w toczących się rozgrywkach, nierzadko jako szare eminencje sterujące poczynaniami polityków czy wojskowych dowódców.

Złożona i dość misternie poprowadzona intryga nie jest jednak pozbawiona wad. Trudno do końca zrozumieć, czy raczej wyobrazić sobie, jaki dokładnie świat opisuje Zembaty. Początkowo wydaje się, że jest to niejako nasza rzeczywistość, w której po prostu nie doszło do okupionej krwią autochtonów kolonizacji. Okazuje się jednak, że nie tylko tym różni się Ameryka Południowa przedstawiana w Głodnym słońcu. Zbytnie stopniowanie wiedzy w tym zakresie nie do końca służy lekturze, jakkolwiek nie bardzo przeszkadza w pozytywnej recepcji utworu.

Większą trudność sprawiają, przynajmniej w pierwszej chwili, gwałtowne zmiany miejsca i czasu dziejącej się akcji. Biorąc pod uwagę nagromadzenie występujących osób, ich obco brzmiące imiona i równie swoiste nazwy miejscowości i krain, a zatem całościowe przedstawienie wykreowanego przez Zembatego świata, odbiorca musi być wyjątkowo skupiony.

Jeszcze gorzej wygląda kwestia różnego rodzaju boskich interwencji, do jakich dochodzi w życiu każdego z głównych protagonistów. Sny okazują się prorocze, a modlitwy zostają wysłuchane, lecz mimo zapowiedzi nie dochodzi do następstw wydarzeń powiązanych z zaistniałymi niewytłumaczalnymi zjawiskami. Można odnieść nawet wrażenie, że autor sam nie jest pewien, w jaką stronę chce pójść – czy dopuścić do pełnego objawienia bóstw i ich mocy, czy też pozostać na poziomie przywiązania do realizmu? Być może znajdzie to ostateczne rozwiązanie w drugim tomie serii.

Głodne słońce: Dymiące zwierciadło Wojciecha Zembatego to bardzo solidna powieść przygodowa. Wyraziści bohaterowie, wartka akcja pełna pojedynków i bitew, ale też bardziej kameralnych wędrówek przez mroczne korytarze i labirynty czy politycznych rozgrywek, z wyraźnie zarysowanym tłem społecznym i kulturowym sprawiają, że powieść nie powinna zawieść nawet najbardziej wymagającego czytelnika. Z kolei zamknięcie pierwszej części zapowiada niemniej interesujący dalszy ciąg, na który bez wątpienia warto czekać.

Maciej Tomczak

 

Maciej Tomczak, Na nieznanych lądach, „Creatio Fantastica” 2019, nr 1 (60).

Reklamy