Krzysztof M. Maj — Imperium kontratakuje

x899906567408Recenzja książki: Brian McClellan, Gniew imperium, przekł. Krzysztof Sokołowski, Lublin: Fabryka Słów 2019, ISBN: 978-83-7964-447-6

Drug tom cyklu „Bogowie krwi i prochu” podejmuje akcje tam, gdzie pozostawiły nas Grzechy imperium – wśród tedy krwi, potu i łez pozostałych po bitwie o Landfall. Poprzedni tom pozostawił nas z czymś jeszcze, a mianowicie z tradycyjnym już u McClellana cliffhangerem. Ci więc, którzy myśleli, że to tymczasowe, mogą porzucić nadzieję tak samo, jak mieszkańcy na wpół zrujnowanej stolicy Fatrasty, teraz pozostającej pod okupacją Imperium Dynizu. Które, a i owszem, kontratakuje.

Fabuła powieści – jak zwykle u McClellana porywająca i pozbawiona dłużyzn – rozwidla się na trzy zasadnicze wątki. Jeden, koncentrujący się wokół postaci charyzmatycznego Bena Stykesa, pułkownika Szalonych Lansjerów, lśni i iskrzy z każdą skrzyżowaną szpadą, obnażonym bagnetem i dobytą lancą. To tu rozstrzygają się losy wojny Dynizu z Fatrastą i to tu McClellan ma najwięcej do zaprezentowania, imponując niekwestionowanym talentem do opisów scen batalistycznych i umiejętnej kontroli patosu. Wątek drugi poświęcony jest problemom nie z tej ziemi, w roli których sprawdzają się po raz kolejny tajemnicze kamienie bogów. Wciąż wprawdzie nie wiadomo, skąd się wzięły, ani jaki jest ich związek z Imperium Dynizyjskim, ale jak na McGuffina przystało, korzystnie wpływają na bieg fabuły. Wątek trzeci ciągnie Michel Bravis, nie bardzo wiedząc, co robi w tej historii, przehandlowując fenomenalną rolę podwójnego agenta i szpiega w szeregach Kapelusznictwa Landfall na nieoczekiwanie nową rolę… podwójnego agenta i szpiega, tyle że tym razem w szeregach okupujących miasto Dynizyjczyków. Choć Michelowi nie przysparza to sławy, czytelnikowi stwarza już sposobność do poznania sprawy najeźdźców z ich perspektywy i zrelatywizować całość konfliktu tak, by nie był nieznośnie bogoojczyźniany. Wszystkie te wątki oczywiście spotykają się w jednym punkcie, którego przez wzgląd na naprawdę dobry warsztat McClellana nie nazwiemy już złośliwie cliffhangerem.

Główny problem z recenzowaną powieścią jest taki, że niewiele można o niej powiedzieć ponad to, o czym mowa była w recenzji Grzechów imperium. Brak tu nowych postaci, brak nowych pomysłów fabularnych, brak nowych miejsc na mapie świata (poza jednym, którego istnienie co inteligentniejsi czytelnicy mogli już dawno podejrzewać), brak nawet co bardziej spektakularnych powrotów postaci znanych z pierwotnej trylogii. Nie wydaje mi się jednak, by należało to poczytywać za ujmę: taki już los środkowych części cykli i choćbym nie wiem jak długo i często protestował przeciw opieraniu ciężaru narracji na pierwszej i ostatniej części serii (przedzielonych obowiązkowymi cliffhangerami), przyzwyczajeń warsztatowych współczesnych pisarzy nie zmienię.

W Gniewie imperium, co wypada powtórzyć, bo nigdy za mało utyskiwań na ten temat, nie dowiadujemy się wiele więcej na temat tego, co u McClellana najbardziej interesujące po widowiskowych bataliach – a więc na temat samego świata. Brak tu jakichkolwiek nowych informacji czy zjawisk, co sprawia, że czytelnicy rozmiłowani w magicznym obliczu uniwersum magów prochowych mogą się poczuć nieco rozczarowani. Powieść ratuje więc niewątpliwie to, że czyta się ją rewelacyjnie i wartko, niewątpliwie nie bez olbrzymich zasług jej tłumacza, Krzysztofa Sokołowskiego. Wydanie polskie jest również zadowalające pod względem językowym – w lekturze nie rzucają się w oczy poważniejsze usterki językowe czy stylistyczne, co zawsze należy zaliczyć na plus, znając praktyki publikacyjne polskich wydawców w segmencie fantastycznym.

Reasumując, polecam szczerze rzecz fanom cyklu i wszystkim tym, którzy w doborach lekturowych kierują się przede wszystkim zasadą przyjemności i nie rwą się do wymyślnych tortur na łożu tak prozatorskiej, jak politycznej poprawności.

Krzysztof M. Maj