Tanatos wiecznie żywy. Tim Burton i jego (dozgonna) przygoda ze śmiercią

Thánatos Forever Alive. Tim Burton and His (Undying) Adventure with Death

Adam H. A. Michniewicz (Uniwersytet Śląski)

Abstract

In the article Thánatos Forever Alive. Tim Burton and His (Undying) Adventure with Death Adam H.A. Michniewicz presents images of death in the works of Tim Burton, as well as in the works of several of his successors. In these movies, death is shown differently than in other works of contemporary popular culture. Terms such as death, illness, and old age have been repressed by society—but not by Burton, whose films remind us that talking about difficult subjects is not only important, but also necessary. To convey this message, the director uses a wide range of methods. He makes use of cultural heritage of various religions and civilizations. In conclusion, the author proves that Burton does not want to terrify the audience, but rather to encourage reflection on the meaning of death.

Keywords: popculture; Tim Burton; death; thanatology; thanato-anthropology; thanatological concepts

Full text (*.pdf)

Citation & Indexing

Adam H. A. Michniewicz, Tanatos wiecznie żywy. Tim Burton i jego (dozgonna) przygoda ze śmiercią, „Creatio Fantastica 2017, vol. 56, no. 1, ss. 69-82.

88x31

Ojciec nie opowiadał mi zwykłych bajek, tylko podczas pełni Księżyca
za pomocą sztucznej szczęki udawał, że zmienia się w wilkołaka.
To były magiczne chwile. Pozostały we mnie
i dzięki nim mogę robić takie filmy.
Tim Burton

On-Orfeusz i my-Eurydyka

Karpaty kryją w sobie pewne miejsce pośród skał, dziś pokazywane turystom, w które to przed wiekami zszedł Orfeusz uzbrojony w lirę. Ówczesne bramy zaświatów przekroczył ów syn Apollina i Kalliope, nie godząc się ze skutkami śmiertelnego ukąszenia Eurydyki przez żmiję. Jej śmierć przyszła, jak to zwykła czynić, znienacka. Jednak nawet ta wyczekiwana, wybłagana śmierć nie jest posłuszna przyzywającemu ją.

Wspomnienie mitu o Orfeuszu i Eurydyce może jawić się jako nieadekwatny wstęp do rozważań o przygodzie Tima Burtona ze śmiercią. Stanowi jednak rodzaj przykładu archetypicznego marzenia o powrocie utraconego obiektu miłości i nieuchronności tanatologicznego horyzontu zdarzeń, gdzie śmierć to nie kres, a tylko przejście pomiędzy ze świata do świata. By to pojąć, trzeba tylko odnaleźć łączącą je drogę. Jedną z nich, niczym karpacka jaskinia pełna świateł i cieni, jest być może to, co na ekranie pokazuje nam autor takich filmów jak Frankenweenie (1984, 2012), Sok z Żuka (Beetlejuice, 1988) czy Gnijąca Panna Młoda (Corpse Bride, 2005). Patrzący na jego filmy są jak Eurydyka umykająca przed targanym namiętnością Aristajosem, opiekunem stad i ogrodów, jak ona bezsilni wobec niechybnego końca. Tim Burton jest Orfeuszem, lirą swojej twórczości wkraczającym bez lęku w otchłanie Hadesu, by wyrywając widzów z czeluści piekielnych, jednym spojrzeniem pozbawić ich nadziei. Burton nie łudzi odbiorców, że śmierć można pokonać – on mówi o tym, jak ją pokochać.

Sposób przedstawienia tego tematu w przywołanych do analizy filmach daleki jest od powagi sceny znanej wszystkim miłośnikom X muzy z filmu Ingmara Bergmana Siódma pieczęć (Det sjunde inseglet, 1957), gdzie rycerz Antonius Block gra w szachy nie z kim innym, jak tylko z samą Śmiercią. Nie można jednak odmówić głównemu bohaterowi tego fil­mu pragnienia wiedzy o tym, co też znajduje się po metaforycznej ciemnej stronie Księżyca. I choć u Bergmana nawet sama Śmierć daleka jest od odpowiedzi na fundamentalne w tej materii pytania, o tyle Tim Burton zdaje się dokumentować to, co poza horyzontem agonii jest, trwa i na przekór śmierci żyje, niosąc widzów ku jakże bliskim zaświatom.

Tak jak i wielu filozofów, należałoby przyznać, że nic tak nie nadaje życiu sensu, jak śmierć. Próby jej poznania i okiełznania są stałym elementem kultury. Perspektywa ta nie zna ograniczeń ani co do szerokości i długości geograficznej, ani też co do czasu. Podstawowym kluczem do zrozumienia śmierci jest oczywiście biologia, jednak kultura odnalazła szereg innych wymiarów pojmowania i oswajania śmierci. Jednym z najważniejszych jest religia[1]. Sferą, która śmierć szczególnie banalizuje, jest popkultura[2]. Przejście z życia w to, co przynosi śmierć, jest przez systemy religijne traktowane bardzo różnie. Interpretacje nieba, piekła, niebytu, wszystkiego tego, co następuje po akcie umierania, może stanowić próbę poradzenia sobie z tym co nieznane, obce, niewiadome. Popkultura natomiast próbuje podawać proste przepisy na „czytanie” śmierci, komercjalizując nawet to, co w istocie jest wciąż zagadką.

Na użytek dalszych rozważań warto mieć w pamięci, że śmierć to nie tylko fizyczne odejście. Będzie to miało szczególne znaczenie przy analizie zmagań bohaterów Tima Burtona ze stanem niespodziewanego „bycia martwym”. Kenneth Paul Kramer w Śmierci w różnych religiach świata wyróżnia, oprócz fizycznej, śmierć psychologiczną i duchową (obie oczywiście wywodzą się z tej pierwszej). Śmierć psychologiczna pojawia się, gdy umieranie utożsamiane jest z poważnym zagrożeniem. Wówczas obumiera aktywność, kreatywność, energia życiowa, a nawet tożsamość człowieka. Można powiedzieć, iż jest to śmierć na tle emocjonalnym[3]. Drugi rodzaj, czyli śmierć duchowa, najczęściej wiąże się ze zmianą stosunku do życia, umierania i śmierci. Procesowi temu może towarzyszyć swoiste „dotknięcie” zbawienia albo rozbudzenie jaźni, w którym ujawnia się tłumiony lęk przed śmiercią. Dochodzi wtedy do specyficznego odrodzenia, wejścia na wyższe stadium rozwoju umysłowego i religijnego. U Burtona widz obserwuje przede wszystkim śmierć fizyczną i życie po życiu, ale obecne są także pozostałe wymiary śmierci i umierania.

Od Frankenweenie do… Frankenweenie

Pierwszy film aktorski Tima Burtona to zaledwie trwające pół godziny dzieło, które zabiera widza na zwyczajne osiedle, do pewnego domu, gdzie przeciętna rodzina ogląda nakręcony przez siebie film, którego głównym bohaterem jest pies Sparky. Historia na pierwszy rzut oka wydaje się dość banalna. Burton nie zmusza widza do poszukiwania w swej produkcji niuansów. Już na wstępie nieomal reflektorem oświetla to, co ma stanowić oś narracji. Czyni to za pomocą dwóch prostych zabiegów. Nadaje filmowi tytuł Frankenweenie (1984), a wspomnianej rodzinie nazwisko „Frankenstein”. Jako świadkowie ukazanej na wstępie sielanki w istocie rzeczy odbiorcy spodziewają się jej kresu, nie wiadomo tylko, kiedy i w jaki sposób nastąpi.

Mimo to śmierć we Frankenweenie przychodzi niespodzianie. Najpierw za sprawą przejeżdżającego samochodu brutalnie zostaje przecięta linia życia psa-przyjaciela. Najbardziej dramatycznie przeżywa to syn państwa Frenkensteinów. Widzowie pamiętający opowieść Mary Shelley w jakimś sensie oczekują, że chłopiec wypełni przeznaczenie związane ze swoim nazwiskiem. I tak się dzieje. Zainspirowany demoniczną lekcją biologii bohater zakrada się na cmentarz zwierząt, aby wykopać truchło ukochanego psa Sparky’ego, a następnie wskrzesić go przy użyciu prądu elektrycznego pochodzącego z wyładowań atmosferycznych. Zamierzenie udaje się, dlatego, tak jak w wielu późniejszych produkcjach Burtona, widzowie odczuwają lęk przed nieznanym, fascynację nowością, odrazę, ale i przyciąganie: emocje wzbudza „żywa śmierć”, wskrzeszony z martwych Sparky.

Pokonywanie śmierci to fenomen towarzyszący sztuce niemal od jej zarania, jak pokazuje mit o Orfeuszu i Eurydyce czy celtyckie Echtrai (czyli cała kategoria legend o wyprawie w zaświaty i z powrotem). Zawsze też w towarzyszącej temu przygodzie chodzi o życie. Nie inaczej uważa wizjoner kina z Burbank, mimo że przekształca sensy jednego i drugiego, a być może też przewraca do góry nogami istniejące między nimi zależności.

Gnijąca Panna Młoda (Corpse Bride, 2005) to historia zainspirowana dziewiętnastowieczną rosyjską legendą o młodzieńcu, któremu niespodziewanie przypadł ożenek ze zmarłą[4]. U Burtona tytułowa postać pojawia się jakby obok Victora van Dorta (Pan Młody) i Victorii Everglot (którą ma pod przymusem poślubić), by ostatecznie ukraść show dla siebie. Victor to niezdara i poprzez serię wpadek nieumyślnie psuje próbę uroczystości zaślubin. Aby ochłonąć, wychodzi na spacer po przykrytej śniegiem okolicy. W lesie powtarza płynnie treść przysięgi i zakłada obrączkę na gałązkę. Ta okazuje się być dłonią zmarłej tragicznie i przez nikogo niepogrzebanej panny młodej. Nieboszczka zabiera kawalera (a może już nie kawalera?) van Dorta w zaświaty. Od tego czasu (nie)szczęśliwiec krąży nieustannie między obu światami i wątpliwe, by czerpał z tego przyjemność. Mało tego – w przeciwieństwie do herosów z opowieści praprzodków – nie przekracza granicy na własne życzenie lub w czyimś interesie, kluczem do historii jest przypadek.

Jim Jarmush, powołując się na wierzenia Dalekiego Wschodu, przekazuje widzowi następujące prawdy, posługując się głosem (gdyż czyta to z książki) głównego bohatera filmu Ghost dog. Droga Samuraja (Ghost dog, 1999):

Kodeks samuraja realizuje się w śmierci. Medytacja nad jej nieuchronnością należy do codziennych obowiązków. Kiedy ciało i ducha ogarnia spokój, należy medytować nad tym, że można zejść z tego świata zabitym strzałą, nożem, mieczem lub włócznią. Człowieka może porwać wielka fala, spalić ogień, uderzyć piorun, powalić trzęsienie ziemi. Może spaść ze skały, umrzeć w wyniku choroby lub popełnić seppuku, gdy zginie jego pan. Każdego dnia trzeba myśleć o sobie jak o umarłym. Taka jest istota drogi samuraja[5].

Taka też jest istota drogi każdego człowieka, śmierć może porwać chociażby podczas niewinnego spaceru po lesie. Ale Burton na tym nie poprzestaje – pokazuje również, że po drugiej stronie może być lepiej, sprawiedliwiej, radośniej. Radośniej, pod warunkiem właściwego wykorzystania czasu na ziemi, co pokazuje w ostatniej sekwencji filmu, w której zdradzieckiego Lorda Barkissa dosięga zasłużona, a przez niektórych wyczekiwana, kara.

Co do zasygnalizowanego, acz nierozwiniętego, wątku kontrastu pomiędzy niemrawą doczesnością a pełnym barw po-życiem, to motyw ten jest obecny nie tylko w Gnijącej Pannie Młodej, ale i we wcześniejszym o kilka lat Miasteczku Halloween (The Nightmare Before Christmas, 1993). W tej animacji zostają zestawione dwie fantastyczne krainy: Halloween Town i Christmas Town. Jak same nazwy wskazują, pomiędzy obu miastami istnieje kulturowa przepaść, którą główny bohater, Jack Skellington z Halloween, postanawia zniwelować, organizując u siebie Gwiazdkę. Chociaż podoba mu się sposób obchodzenia Świąt, to jednak nie rozumie istoty rzeczy[6]. Czuje bowiem to, co sztampowo nazywa się „magią świąt”, zachwyca się śnieżkami ciskanymi przez dzieci, okrzykami radości dobiegającymi z domów, przystrojonym drzewkiem… a jednak nie rozumie, z cze­go wynika ta tradycja. Tak czy inaczej, postanawia przełożyć wspomniane elementy na warunki Halloween. Niestety, plan włączenia Bożego Narodzenia do terminarza „potwornego” miasta nie jest łatwy do zrealizowania. Tutejszym straszydłom, rozkochanym w makabrze i grozie, nie przypada do gustu uprzejme dzielenie się „słodkimi” prezencikami – przejmują tradycję wręczania podarków, robią to jednak na swój własny sposób i nadają upominkom czy zabawkom iście morderczy charakter. Władze Christmas Town i Zwykłego Świata nie wykazują zrozumienia dla czarnego humoru i oskarżają (zresztą słusznie) swych „sąsiadów” o porwanie Świętego Mikołaja.

The Nightmare Before Christmas to historia o poszukiwaniu wspólnego mianownika pomiędzy światami żywych i martwych. Dopiero zrozumienie sensu życia i śmierci pozwala na harmonijne istnienie w obydwu rzeczywistościach. Nie można przecież godnie egzystować, szczególnie w interakcji ze społeczeństwem, jeśli na horyzoncie nie będzie widać kresu tej wędrówki. Analogicznie budzenie się każdego ranka z myślą o bezcelowości życia, „bo przecież i tak umrę”, nie skłania do wstania z łóżka. Być może tego właśnie uczy widza Tim Burton – szacunku dla tego co na ziemi… i pod ziemią.

Na tym jednak nie koniec podróży linią życie-śmierć-życie. Jeśli przyjrzeć się najstarszej spośród wspomnianych produkcji, to w Soku z Żuka (Beetlejuice, 1988) jako jedynej pojawia się przystanek, bynajmniej niepełniący wyłącznie roli tranzytu. Bohaterowie filmu (szczęśliwe małżeństwo Maitlandów) giną w wypadku na drodze. Początkowo nie są tego świadomi, ale po powrocie do domu zauważają, że coś jest nie tak: ogień już ich nie parzy, nie czują bólu, nie odbijają się w lustrze. Są wstrząśnięci i nie mają pojęcia, czy uda im się odnaleźć w nowej sytuacji. Barbara (Geena Davis) i Adam (Alec Baldwin) wkrótce zauważają, że tak naprawdę niewiele się zmieniło – nawet śmierć nie uchroniła ich przed biurokracją, a zanim będą mogli w końcu odpocząć, czeka ich długa droga.

Czyściec w Soku z Żuka został porównany do kolejki – każdy pokutnik ma swój numerek i musi odczekać, zanim dostanie szansę stanąć przy okienku (gdzie petentów obsługują samobójcy, skazani na wieki wieków na „biurko”). Zaświaty i tym razem wydają się sympatyczne, a nawet zwykłe, przy tym ciekawsze niż życie. Kostucha zdaje się tutaj śmiać ludziom w twarz i rozkładając ręce mówić: „Przykro mi, nic się nie zmieniło”. Skoro zatem wszystko pozostaje takie samo, wniosek jest jeden i płynie nie skądinąd, jak tylko z mądrości ludowej: „Jakie życie, taka śmierć”.

Zupełnie inaczej potraktowano temat w kreskówce nawiązującej do wersji wielkoekranowej, gdzie Lydia Deetz przekracza dwukierunkowy portal bez poważniejszych konsekwencji. Żukosoczek to kanadyjski serial animowany luźno oparty na wersji pełnometrażowej omawianego filmu. Młoda Lydia, stylizowana na Burtona z lat dziecięcych, odkrywa przed odbiorcami świat, w którym każdy samotnik znajdzie zrozumienie, przyjaźń, mrożącą krew w żyłach przygodę i wyśmienitą zabawę. Reżyser Soku z Żuka napisał scenariusz do kreskówki z tanatologicznym podtekstem. Widzowie, identyfikując się z sympatycznymi bohaterami, dostają szansę nieświadomego oswojenia się z umieraniem i śmiercią. Twórcy zainspirowani misją wizjonera kina, chętnie czerpią z postmodernicznego stylu i czarnego humoru, tak dlań charakterystycznego. Chociaż zaświaty są tu jedynie pretekstem do opowiadania wciąż nowych historii, trudno nie dostrzec przesłania zawartego w filmografii Burtona. Powielenie idyllicznego obrazu Neitherworld zostało już zasygnalizowane w Miasteczku Halloween, a dopełnione w Gnijącej Pannie Młodej.

I wreszcie moment, kiedy historia zatacza koło. Na przełomie 2012 i 2013 roku na ekrany polskich kin weszła nowa, animowana wersja Frankenweenie (2012). Okazała się nie tylko rozwinięciem reżyserskiego eseju Burtona sprzed lat, ale i zmodyfikowanym scenariuszowo moralitetem, dotyczącym niezwykle aktualnego tematu, silnie nawiązującego do afirmacji życia i śmierci: manipulacji genetycznych, klonowania, regeneracji tkanek, aż po przywracanie funkcjonowania obumarłych części ciała zwierząt i ludzi. W najnowszej animacji poklatkowej autorstwa wizjonera z Burbank mówi o tym wprost nauczyciel fizyki (stylizowany na Vincenta Price’a, idola Timothy’ego i znanego arystokratę świata filmu), a żądne sukcesu dzieci postanawiają przetestować elastyczność granic bioetyki…

Czy Śmierć może być zabawna? I inne historie…

Nawet w obrębie jednej religii możemy spotkać się z różnymi wizjami zejścia do zaświatów. W chrześcijaństwie zstąpienie Syna Bożego „do otchłani obrazowo wyraża zwycięstwo Chrystusa nie tylko nad śmiercią, ale również nad Szatanem, zwycięstwo, które spowodowało wyzwolenie ludzkości spod dominacji złego ducha”[7]. Każdy inny człowiek, któremu przyjdzie trafić do piekła, ma tam pozostać na wieczną karę. Inaczej w buddyzmie, gdzie pobyt w naraka (piekłach) jest długotrwały, ale ograniczony w czasie. W źródłach starożytnych, jak wspomniany wyżej mit Orfeusza, czy późniejszych podaniach częstokroć można odnaleźć coś na kształt celtyckich Echtrai, wyraźnie nawiązujących do motywu descensio ad inferos[8], mówiących o przygodach śmiertelnika, który w jakimś celu postanawia zejść do Krainy Umarłych; co ważne, niejednokrotnie z zamiarem powrotu[9].

Na gruncie filmu także można podchodzić do tego tematu na wiele sposobów. Problem w tym, że na dzień dzisiejszy repertuar multipleksów prowadzi raczej do popularyzowania prostackiego humoru ze Strasznego filmu (Scary Movie, 2000) niż trafnych pytań stawianych w Siódmej Pieczęci. Na szczęście nawet w kinach komercyjnych można napotkać wartościowe dzieła takich twórców jak Henry Selick (Koralina i tajemnicze drzwi z 2009, Moongirl z 2005) czy Chrisa Butler (Paranorman z 2012). U bliskiego im Tima Burtona zaświaty są ukazane bardziej dowcipnie. Pomaga on widzom oswoić umieranie, używając do tego skutecznego zabiegu, który można zilustrować ludowym porzekadłem: „Nie taki diabeł straszny, jakim go malują”, nie unikając jednak nazywania rzeczy po imieniu. Bohaterowie Gnijącej Panny Młodej nagminnie żartują z własnej śmierci.

Zamgloną „powierzchnię” od nudy i roztargnienia są w stanie uratować tylko umarli. Oczywiście nieprzypadkowo są się wśród nich krewni żyjących – Generał całuje nadpobudliwą żonę, Dziadek przytula Wnuczka ku przerażeniu rodziny, przodek Finisa Everglota pyta, gdzie ten ukrył spirytualia, w końcu uśmiercona w mrocznej kniei Emilia daje nauczkę swemu oprawcy, rzekomemu lordowi Barkisowi. Zmarli znają się na manierach i dobrej zabawie, natomiast żyjący tkwią w prostactwie i boją się odejść z tego świata. Sam Tim Burton twierdzi, że „Świat Żywych jest o wiele bardziej martwy niż Kraina Zmarłych, która aż tętni życiem”. Wtóruje mu Mike Johnson mówiąc: „Staraliśmy się skontrastować sztywnych i oficjalnych żywych z radosną otwartością Krainy Umarłych”[10].

Co więcej, Miasteczko Halloween nie tylko bawi, to także czarująca baśń przekazująca uniwersalne wartości, opowiadająca o tolerancji i szacunku, potrzebie zrozumienia tego, co odmienne. Gnijąca Panna Młoda to jakby ciąg dalszy przemyśleń nad metafizyką śmierci; jest to także obraz operujący pojęciami kojarzącymi się pejoratywnie, ale czy słusznie są one tak postrzegane?

W filmie Sweeney Todd: Demoniczny golibroda z Fleet Street Sondheim (a po nim Burton w Sweeney Todd: The Demon Barber of Fleet Street, 2007) „nie wzdrygał się […] przed najwyższej próby makabrą, zawierając w piosenkach niezliczone aluzje do zjadania bliźnich (piosenka Może trochę księdza…?)”[11]. Nie ma sensu się sprzeczać – takie humorystyczne wstawki, choć rzeczywiście reprezentujące czarny humor, odwracają uwagę od brutalności, więc znacznie łagodzą odbiór, podobnie rozliczne żarty i komizm postaci (na przykład Beedle Bamford i parodia Adolfo Pirellego).

Co natomiast dzieje się później? Otóż całkiem niedawno, bo w 2012 roku, na ekrany wchodzą Mroczne Cienie, film oparty na amerykańskim serialu sprzed lat, noszącym ten sam tytuł (Dark Shadows, 2012). Komizm, niczym lawa z wulkanu, wypływa z każdej niemal sceny opowieści o dziejach rodu z Collinswood. Motyw wampiryzmu nigdy dotąd nie został potraktowany z tak znacznym przymrużeniem oka, a jednocześnie nie towarzyszyły mu takie potoki krwi (wysysanej z ofiar w kilka sekund). W toku fabuły dochodzi do spotkania dawnych kochanków, które nie pasuje do stereotypu miłosnej schadzki z tradycyjnej komedii romantycznej, a wysublimowany żart rodem z filmu Goście, goście (Les Visiteurs, 1993) Jean-Marie Poirégo pomaga odczuć dystans czasowy wobec przybysza z przeszłości. Oczywiście nie brakuje czerwieni krwi, lecz i tym razem odwraca się od niej uwagę – pojawia się niesympatyczna postać, co zresztą powiela model naszkicowany w Sweeneyu czy Jeźdzcu bez głowy (Sleepy Hollow, 1999).

Tym razem w rolę mrocznej postaci wciela się Eva Green grająca Angelique vel Angel – olśniewająco piękna kobieta, choć skrywa przerażającą tajemnicę – jest wiedźmą bez serca, za punkt honoru stawiającą sobie zwalczanie Barnabasa Collinsa na każdym polu. Tak to już u Burtona jest, że odmieńcy, tacy jak krwawy żołnierz bez głowy, brutalny golibroda czy nestor potentatów rybołówstwa budzą pozytywne odczucia – w przeciwieństwie do głównych bohaterów – bo zawsze pojawia się ktoś jeszcze gorszy i nieznajdujący usprawiedliwienia dla swych czynów.

Oswajanie Śmierci i jej tresura

U Bartona przejście do świata umarłych jest jak spacer po kładce na drugą stronę strumyka – niefrasobliwy i bez przesadnej ceremonialności. Lęk przed śmiercią nie zniknął z jego duszy w wyniku dramatycznych przeżyć – Timothy po prostu dojrzał. Już jako dziecko spędzał długie, samotne popołudnia pośród nagrobków, a jego pierwsze rysunki psycholog nieświadom wrażliwości chłopca uznałby za niepokojące.

A może reżyser tylko próbuje śmiać się śmierci w twarz? Raczej nie. Gdyby zestawić ze sobą dorobek i życiorys Tima Burtona, widz szybko doszedłby do wniosku, że reżyser zdaje się wiedzieć o umieraniu równie wiele co Maitlandowie czy mieszkańcy Miasteczka Halloween. Niczym Victor van Dort, postanawiający umrzeć, aby wedle prawa Neitherworld połączyć się z Emilią (Gnijącą Panną Młodą), rodzi się na nowo, a jego życie nabiera rozpędu – tak autor Edwarda Nożycorękiego (Edward Scissorhands, 1990) zaakceptował swoje życie takim, jakim jest, a Śmierć staje się witalną przewodniczką jego twórczości.

W filmie Sweeney Todd: Demoniczny golibroda z Fleet Street wspomniany wcześniej komizm to tylko jeden pomysłów na oswojenie widza. Drugim jest to, co w urodzonym w Burbank reżyserze prawdopodobnie najbardziej burtonowskie – dekoracje i tło. Pięk­ne historyczne kostiumy stanowią medium podprogowe. Fałszywy Pirelli oferuje mocz jako środek na porost włosów. Podobnie jak buteleczki, także on sam jest przepięknie „zapakowany”, przez co kontrastuje z mrocznym Londynem. Johanna (podstępnie porwana przed laty córka Sweeneya), jako jedyna nieskażona gwałtem na człowieczeństwie istota, przyodziana jest w niewinny błękit. Granatowe przebranie zupełnie zmienia jej wizerunek, odwraca od niej uwagę w ostatnich scenach[12]. Wreszcie główny bohater legendy: na drzeworytach przedstawiających podobizny Sweeneya, alter ego Benjamina Barkera, widać człowieka pierwotnego, jakby Neandertalczyka, którego historyk kryminalistyki Donald Rumbelow ocenia jako „grubo ciosanego typa”. Tymczasem Burton wybiera dla Todda bardziej przyjemną powierzchowność: wraz z Colleen Atwood (projektantką kostiumów) postanawia ubrać go w przywiezione z zagranicy koszule, kamizelkę i płaszcz (jako uwięzionego z dala od domu). Tym samym widz spostrzega, że Barker się zmienił, a jego metamorfoza pozostawiła ślad w postaci pasma siwych włosów. Innym razem identyfikuje się z kreowanym przez Johnny’ego Deppa Sweeneyem w niezręcznym pasiastym stroju kąpielowym. Wygląda w nim co najmniej zabawnie, nikt nie chciałby, aby pani Lovett ubrała go w coś podobnego. Golibroda jest taki jak widz[13], został więc oswojony, a Śmierć wraz z nim.

Ichabod Crane (Johnny Depp), bohater Jeźdźca bez głowy (1999), to mężczyzna o „typowo romantycznym wizerunku – ciemnych włosach, bladej cerze”[14]. Jego przekonania nie pozwalają mu dopuszczać do siebie wiary w zjawiska paranormalne. Wynika z tego, iż „wyjazd do Sleepy Hallow stanowi próbę udowodnienia światu, że nie jest takim nieudacznikiem, za jakiego uważają go jego przełożeni i sprawdzianem dla siebie samego – próbą zmierzenia się z własnymi lękami i obawami, a także sprawdzenia swoich umiejętności” i potwierdzenia racjonalistycznych poglądów[15]. Na miejscu, w angielskiej osadzie zamieszkałej przez Holendrów, spotyka się z wielką tajemnicą – tajemnicą Jeźdźca bez głowy (Christopher Walken).

W Jeźdźcu widok nieboszczyka to sprawa normalna, bo głowy spadają jedna za drugą, krew tryska na okulary, a sekcja zwłok z użyciem absurdalnie groźnych narzędzi to chleb powszedni. Paradoksalnie morderstwa nie mają odstraszyć widza. Jak Bezgłowy Jeździec próbuje udowodnić Crane’owi, że nie wszystko da się wyjaśnić za pomocą nauk ścisłych, tak Burton przekonuje widza, że w jego twórczości śmierć nie przeraża – zawsze prowadzi do czegoś. Jeśli natomiast jest pokazana w sposób brutalny, to jest po temu powód. Ichaboad wraca ze Sleepy Hallow zupełnie odmieniony. Teraz wierzy w zjawiska nadprzyrodzone, duchy, czary i ich skuteczność. Nigdy już nie spojrzy na zwłoki tak jak kiedyś. Podobnie ma po seansie spojrzeć na świat sceptyczny widz – wcześniej nie wiedział, jak tajemnicza jest śmierć, teraz ma świadomość, iż to nie tylko ustanie czynności życiowych. Dodatkowo odbiór ułatwia zapewne humor. Aktorzy grający w Jeźdźcu bez głowy drugoplanowe role – Christina Ricci i Jeffrey Jones – w wywiadzie dla wytwórni są zgodni:

[…] akcentem, który sprawia, iż ta produkcja staje się bezpieczna dla każdego widza, jest detektyw-ciamajda. Trochę tchórzliwy, improwizujący w biegu, nieraz przeinaczający rzeczywiste prawa nauki. To bohater specjalnej troski, odbiorca chętnie pomógłby mu dobrą radą, gdyby tylko mógł[16].

Beetlejuice z kolei pozwala wrogim obozom zakopać topór wojenny i żyć razem bez strachu. W ostatniej sekwencji żywy Charles Deetz, czyli głowa rodziny ostatecznie pogodzonej z koniecznością wspólnego zamieszkiwania z martwymi Maitlandami, korzysta z rozejmu i czyta książkę pod tytułem Pokojowa koegzystencja żywych i umarłych[17]. Dla jego żony Delii przeżyte doświadczenie stało się źródłem inspiracji artystycznej. Pozbycie się uprzedzeń przyniosło korzyści obu stronom.

Istotny jest brak przyczyny, dla której reżyser zestawiałby te dwa na pozór odległe światy, które muszą się prędzej czy później spotkać. Czyż nie tak właśnie jest w życiu? Żeby zrozumieć, trzeba lepiej poznać[18]. Andrzej Zalewski powołuje się na słowa Barbary: „śmierć niczego nie ułatwia” i dodaje: „niczego nie utrudnia”. Oto jeszcze jedna paralela pomiędzy życiem ziemskim i pozagrobowym. Jest, jak jest i trzeba się z tym pogodzić. Autor przytacza słowa Zygmunta Baumana odnoszące się do tego samego tematu, który w Soku z Żuka podjął Tim Burton: „Sama nieśmiertelność stała się teraz śmiertelna – ale śmierć przestała być aktem jednorazowym, pojedynczym, wyjątkowym wydarzeniem o nieodwracalnych konsekwencjach. Żądło skończoności zostało usunięte z wszelkiej śmiertelności, włączając w to także śmiertelność nieśmiertelności: rzeczy znikają z pola widzenia tylko na jakiś czas, ten czas może trwać długo, ale szansa tkwi w tym, że nie będzie trwał zawsze. Śmierć jest tylko zawieszeniem, stanem przejściowym…”[19].

Dlaczego tak jest? Skąd u tego – niewątpliwie – wizjonera kina pełna akceptacja tematów ostatecznych? W filmach Burtona nie widać najmniejszego nawet lęku przed śmiercią, chyba że (podobnie jak „łowca posagów” lord Barkis) ma się podejrzenie, iż z pe­wnych powodów nie będzie się mile przywitanym po drugiej stronie. Jednak reżyser niekończącej się wiktoriańskiej opowieści absolutnie nie próbuje śmiać się jej w twarz. Mały chłopiec spędzający czas wolny na cmentarzu czy wrzosowiskach nigdy nie bał się śmierci, nigdy więc nie zamierzał przerażać nią w sposób pusty, a raczej usiłował z nią oswajać… tym bardziej, że może się to stać kopalnią inspiracji artystycznych.

Timothy Burton jako dziecko rozsmakowywał się w kreskówkach i filmach grozy. Oprócz zarośniętych chaszczami cmentarzysk jego ulubionymi samotniami były „stra­szne”, zapuszczone strychy (podobne można zobaczyć w 9, Edwardzie Nożycorękim, Charliem i Fabryce Czekolady oraz innych produkcjach), ale nade wszystko wyobraźnia. Surrealistyczne poczucie humoru zwykł przelewać na papier (co zresztą robi do dziś), projektując przerysowane dekoracje: „scenografia filmowa bywa niekiedy na tyle oryginalna, że szczególnie przyciąga uwagę widza, wręcz mu się narzuca, stając się elementem jakby oderwanym od akcji, a niekiedy wręcz osobnym «bohaterem». Takie rozwiązane jest charakterystyczne dla filmów posługujących się poetyką ekspresjonistyczną (np. Gabinet doktora Caligari Roberta Wienego z 1920 roku)”[20].

Dzięki jego indywidualizmowi można obserwować niespotykane zabiegi, jego sztuka jest rozpoznawalna i po prostu inna. To twórca tak specyficzny, że jego dzieła trzeba omawiać w całości: często pojawiają się te same motywy, które mogą denerwować sceptyków, ale też świadczą o geniuszu gawędziarza opowiadającego za pomocą śniadych postaci, tych samych rekwizytów i „drugoplanowych bohaterów” pewną wciąż aktualną legendę.

Śmierć i afirmacja życia

Kinematografia Tima Burtona to jednak nie tylko filmy z motywem śmierci – to filmy stanowiące apoteozę wartości i szczęścia, jakim jest życie, czego przykładem jest Edward Nożycoręki (1990), który:

[…] powstał z potrzeby serca i wyobraźni młodzieńca nazwiskiem Tim Burton. Wychowany w samotności i odosobnieniu przyszły reżyser wyraził kiedyś swoją niezdolność do komunikacji ze światem zewnętrznym, wykonując rysunek przedstawiający postać bardzo do niego podobną: był to chłopiec z burzą czarnych, splątanych, niesfornych włosów, ale zamiast palców miał śmiercionośne nożycowe ostrza[21].

Dalej o swoim obrazie reżyser opowiada w następujących słowach:

— Wpadłem na pomysł Edwarda… dzięki pewnemu rysunkowi, który zrobiłem dawno temu, w dzieciństwie — opowiadał. — Przedstawiał on postać, która pragnie poznawać świat przez dotyk i dotykać innych ludzi, ale z pewnych powodów nie może tego czynić, postać zarazem twórczą i niszczycielską… Tego rodzaju sprzeczności wytwarzają czasem wieloznaczność.
— Tim przypominał mi tego bohatera — stwierdziła Caroline Thompson[22].

Powyższe wypowiedzi podkreślają, jak problem śmierci społecznej był ważny dla Timothy’ego. Dlatego też jego filmy można uznać za wiarygodne.

W filmie Edward Nożycoręki motyw śmierci jest ukazany w dwóch odsłonach. Ważniejsze jest oczywiście uśmiercenie tytułowego bohatera poprzez zepchnięcie na margines społeczny. O wiele bardziej czytelny jest jednak moment śmierci wynalazcy – ojca Edwarda, który odchodzi z tego świata w momencie, gdy czuje się najszczęśliwszy. Ten przemiły człowiek uczy chłopca-cyborga wszystkiego – od chodzenia i mówienia, po zasady zachowania się w towarzystwie[23]. Zawał serca atakuje starca będącego pod wpływem ogromnie silnych emocji – radości z podarowania swej pociesze… rąk. Jak to dobrze, że nie musiał patrzeć, jak ogromna krzywda dzieje się jego elektronicznemu, acz ciepłemu, synowi w pozornie normalnym środowisku. Szalony wynalazca umiera, widząc uśmiech na twarzy dziecka – dla wychowanka tylko zasnął na trochę dłużej niż zwykle.

Niemal analogiczna sytuacja zachodzi w Dużej Rybie (Big Fish, 2003). Edward Bloom to mężczyzna, który niedługo umrze; dojrzały i szczęśliwy człowiek, mąż, ojciec. Choruje na raka, ale zamiast pytać los „dlaczego?”, woła „dziękuję!” . „Niesamowite historie dają mu siłę i możliwość pożegnania się ze światem i najbliższymi. Jest szczęśliwy, jeżeli może choć w ten sposób uciec od rzeczywistości, zwyczajności i codzienności”[24]. Śmierć jest ucieczką w życie, a życie ucieczką w śmierć. Jego kolorowe przygody zwieńczy radosny finał ze wspaniałym, hucznym pogrzebem. Skąd to wie? Zobaczył to w oku pewnej wiedźmy – poznał ją podczas jednej ze wspomnianych, barwnych przygód. To tylko jedna z nich, a stary Edward lubuje się w opowiadaniu, gawędzeniu, ubarwianiu i zmyślaniu. Jednocześnie to, co mówi, jest prawdą. Spotkał mnóstwo ciekawych ludzi, zwiedził odległe, dziwaczne (fantastyczne wręcz) krainy. Czy z tego powodu żal mu umierać? Nie Bloomowi – ten wie, że momentem odwlekanym przez większość ludzi na ziemi on będzie się delektował; zdaje się mówić: „To dopiero będzie opowieść!”.

Wreszcie śmierć pojawia się w kontekście społecznym także w zupełnie innym aniżeli dotąd omawiane aspekcie. Chodzi mianowicie o rodzinę i poczucie wspólnoty. Jest przecież Frankenweenie i Frankensteinowie, Maitlandowie, nadopiekuńczy Państwo Van Dort i inaczej pojmujący domowe ciepło Everglotowie, Barnabas i wciąż żywe więzy krwi Collinsów. Czarny płaszcz Śmierci zahacza o wszystkie sfery życia, czy raczej Życia, gdyż reżyser nigdy nie odziera go z godności. Przeciwnie – oba z pozoru odległe światy są bardzo sobie bliskie.

Tim Burton to połączenie wszystkich tajemniczych outsiderów i dobrodusznych straszydeł z jego filmów, podobnych doń nawet z wyglądu. Widać to już w krótkometrażowym Vincencie (1982), animacji opowiadającej o uwikłanym w demoniczne upodobania chłopcu próbującym na swój sposób dopasować się do otaczającego świata. Czy to kinematografia tak zmieniła reżysera? Nie. To on (jako wspomnienie dziecka-introwertyka) emanuje z ekranu i jest częścią Krainy, do której wspaniałomyślnie postanowił zaprosić widzów. Nie można też zapomnieć o obecności jego najlepszej przyjaciółki – Kostuchy. A my jesteśmy niczym Eurydyka, którą Orfeusz-Burton chce unieść z czeluści Hadesu.


[1]    Por. Kenneth Paul Kramer, Śmierć w różnych religiach świata, przekł. Marek Chojnacki, Kraków: Wydawnictwo WAM 2007.

[2]    Patrz rozdział Postscriptum „tanatologiczne” w książce Tadeusza Miczki, O zmianie zachowań komunikacyjnych. Konsumenci w nowych sytuacjach audiowizualnych, Katowice: Księgarnia św. Jacka 2002, s. 181-211.

[3]    K.P. Kramer, Śmierć w różnych..., s. 33.

[4]    Piotr Dumała, Gnijąca Panna Młoda, „Kino” 2005, nr 11, s. 23.

[5]    Ghost dog. Droga samuraja, reż. Jim Jarmush, Pandora Filmproduktion 1999.

[6]    Konrad J. Zarębski, Tim Burton…, „Kino” 2005, nr 11, s. 22.

[7]    Jan Paweł II, Dives in misericordia: tekst i komentarze. Encyklika, Lublin 1983, s. 122.

[8]    Anna Kapusta, Chrześcijańskie misterium śmierci. Figura Descensio ad inferos w historyji o chwalebnym zmartwychwstaniu Pańskim Mikołaja z Wilkowiecka, „Maska” 2009, nr 5, s. 23.

[9]    Anna Gabor, Drogi do zaświatów w legendach celtyckich, „Maska” 2009, nr 5, s. 11-14.

[10]   Dwa Światy, Sam Hurvitz Productions 2005.

[11]   M. Oleszczyk, Demoniczny…, s. 19.

[12]   M. Oleszczyk, Demoniczny…, s. 20.

[13]   Scenografia dla Demonicznego Fryzjera, Sam Hurvitz Productions 2008.

[14]   Maria Kornatowska, Ballada na koniec wieku, „Kino” 2000, nr 2, s. 62.

[15]   E. Lasko, Model bohatera fantastycznego w twórczości Tima Burtona. Recepcja i konsekwencje edukacyjne, Cieszyn 2007, s. 67.

[16]   Behind the Legend, Paramount Pictures 2008.

[17]   Andrzej Zalewski, Opowieści z zaświatów. Sok z żuka i śmierć postmodernistyczna, „Kwartalnik Filmowy” 2004, nr 45, s. 243.

[18]   Tamże, s. 242.

[19]   Zygmunt Bauman, Śmierć i nieśmiertelność. O wielości strategii życia, Warszawa: Wydawnictwo Naukowe PWN 1998, s. 208.

[20]   Kino bez tajemnic, red. Ewelina Nurczyńska-Fidelska i in., Warszawa: Wydawnictwo Stentor 2009, s. 98.

[21]   Brian J. Robb, Johnny Depp. Współczesny buntownik, Warszawa 2006, s. 65.

[22]   Tamże, s. 67.

[23]   Ł. Maciejewski, Gnijący Pan Młody… s. 163.

[24]   E. Lasko, Model bohatera… s. 67.

References

Bauman, Zygmunt, Śmierć i nieśmiertelność. O wielości strategii życia, Warszawa: Wydawnictwo Naukowe PWN 1998, ss. 208.

Behind the legend, Paramount Pictures 2008.

Dumała, Piotr, Gnijąca Panna Młoda, „Kino” 2005, nr 11, ss. 23.

Duża Ryba, reż. Tim Burton, Columbia Pictures 2003.

Dwa Światy, Sam Hurvitz Productions 2005.

Edward Nożycoręki, reż. Tim Burton, 20th Century Fox 1990.

Frankenweenie, reż. Tim Burton, Walt Disney Pictures 1984.

Frankenweenie, reż. Tim Burton, Walt Disney Pictures 2012.

Gabor, Anna, Drogi do zaświatów w legendach celtyckich, „Maska” 2009, nr 5, ss. 11-19.

Ghost dog. Droga samuraja, reż. Jim Jarmush, Pandora Filmproduktion 1999.

Gnijąca Panna Młoda, reż. Tim Burton, Warner Bros. Pictures 2005.

Jan Paweł II, Dives in misericordia: tekst i komentarze. Encyklika, Lublin: Wydawnictwo KUL 1983.

Jeździec bez głowy, reż. Tim Burton, Paramount Pictures 1999.

Kapusta, Anna, Chrześcijańskie misterium śmierci. Figura Descensio ad inferos w historyji o chwalebnym zmartwychwstaniu Pańskim Mikołaja z Wilkowiecka, „Maska” 2009, nr 5, ss. 23-47.

Kino bez tajemnic, red. Ewelina Nurczyńska-Fidelska i in., Warszawa: Wydawnictwo Stentor 2009.

Koralina i tajemnicze drzwi, reż. Henry Selick, Focus Features 2009.

Kornatowska, Maria, Ballada na koniec wieku, „Kino” 2000, nr 2, ss. 45-46.

Kramer, Kenneth Paul, Śmierć w różnych religiach świata, przekł. Marek Chojnacki, Kraków: Wydawnictwo WAM 2007.

Maciejewski, Łukasz, Gnijący pan młody : o kinie Tima Burtona, „Kwartalnik Filmowy” 2009, t. 31, nr 66 (126), ss. 155-172.

Miasteczko Halloween, reż. Henry Selick, Tim Burton, Touchstone Pictures 1993.

Miczka, Tadeusz, O zmianie zachowań komunikacyjnych. Konsumenci w nowych sytuacjach audiowizualnych, Katowice: Księgarnia św. Jacka 2002.

Moongirl, reż. Henry Selick, Laika Entertainment 2005.

Oleszczyk, Michał, Demoniczny Sweeney Todd, „Kino” 2008, nr 2, ss. 18-21.

Paranorman, reż. Chris Butler, Sam Fell, Laika Entertainment 2012.

Robb, Brian J., Johnny Depp. Współczesny buntownik, Warszawa: Wydawnictwo Cyklady 2006.

Scenografia dla Demonicznego Fryzjera, Warner Bros. Pictures 2007.

Siódma pieczęć, reż. Ingmar Bergman, Svensk Filmindustri 1957.

Sok z Żuka, reż. Tim Burton, The Geffen Company 1988.

Straszny film, Keenen Ivory Wayans, Dimension Films Wayans 2000.

Sweeney Todd. Demoniczny golibroda z Fleet Street, reż. Tim Burton, Warner Bros. Pictures 2007.

Vincent, reż. Tim Burton, Walt Disney Productions 1982.

Zalewski, Andrzej, Opowieści z zaświatów. Sok z żuka i śmierć postmodernistyczna, „Kwartalnik Filmowy” 2004, nr 45, ss. 237-245.

Zarębski, Konrad J., Tim Burton…, „Kino” 2005, nr 11, s. 22.

Reklamy